Kult Cargo

Psychologia religii – Kult Cargo

Gdy u progu XX wieku biali ludzie – Anglicy, Niemcy, Holendrzy – przybyli na Nową Gwineę, zastali tam plemiona żyjące w epoce kamiennej. Kolonizatorzy ucieszyli się – znali wydarzenia z przeszłości, kiedy to biali ludzie, docierając do zapomnianych przez cywilizację rejonów świata, byli traktowani jak bogowie. Założyli więc na wyspie plantacje i zatrudniali na nich tubylców, płacąc im głodowe pensje. Sami żyli w dostatku – statkami i samolotami dostarczano im z ich ojczyzny towary; wystarczyło tylko zatelegrafować i złożyć zamówienie. Nic z tych cudów cywilizacji nie trafiało do rąk ciężko pracujących tubylców. Ale kto by się przejmował “dzikusami”! Przez jakiś czas wszystko szło tak, jak oczekiwano, aż pewnego dnia tubylcy przestali przychodzić do pracy. Bunt? Niekoniecznie. Przestali bowiem też pracować na własnych polach.

Zaciekawieni tym faktem biali zaczęli obserwować poczynania tubylców. Ze zdumieniem odkryli, że mieszkańcy wybrzeża budują prymitywny port. Potem ze słomy, patyków, lian zbudowali coś w rodzaju wieży radiostacji i tańczyli wokół niej całymi dniami. Następnie zachowywali się tak, jakby wysyłali jakąś wiadomość, po czym pobiegli na przystań, pewnie w oczekiwaniu na statek. Mieszkający w głębi wyspy tubylcy najwyraźniej postanowili zwabić samoloty – wyrąbali w dżungli pasy startowe, urządzili lotnisko z drewnianymi “wieżami kontrolnymi” i masztami “radiostacji”. Potem tańczyli i śpiewali wokół tych “urządzeń”…

Co się okazało? Otóż tubylcy podpatrzyli, jak przybysze zza morza pisali coś na kartkach, rozmawiali z dziwnymi pudełkami, a potem przypływały statki i przylatywały samoloty wypełnione wszelkim dobrem, które biali zatrzymywali dla siebie. Mieszkańcy wyspy nie mieli pojęcia, że gdzieś tam istnieją fabryki produkujące te towary. Byli przekonani, że biali znaleźli sposób, by nakłonić bogów do obdarowywania ich wspaniałymi przedmiotami, podczas gdy tubylcy muszą w pocie czoła pracować i nic z tego nie mają.

Kapłani stwierdzili, że Gwinejczycy najwyraźniej w jakiś sposób obrazili bogów. Uznali więc, że gdy zbudują porty, lotniska i wieże, wokół których będą tańczyć i śpiewać, zadowolą bogów, a ci obdarzą ich swoją łaską.

Europejczycy próbowali wyjaśnić tubylcom, że to pomyłka, że cała kolonialna infrastruktura nie służy żadnym magicznym obrządkom, ale nic do nich nie docierało.

Do dziś Indianie Kayapo wykonują taniec ku czci niebiańskich nauczycieli. Chodzili oni ponoć w takich dziwnych strojach, które nam dzisiaj kojarzą się ze… skafandrami kosmicznymi. Analogicznie jest z wierzeniami, tradycją i ubiorem innych plemion, których ogromna znajomość astronomii znalazła swoje potwierdzenie dopiero w latach 60-70 (np. Dogoni o Syriuszu).

Kult cargo rozwinął się mocno podczas II wojny światowej – zdarzało się, że np. piloci samolotów transportowych, widząc w dżungli pasy startowe, próbowali na nich lądować – z tragicznym skutkiem. (zwróćcie uwagę na płaskowyż Nasca).

Nie tylko na Nowej Gwinei ludność wierzyła, że biali znaleźli sposób na zdobywanie bez wysiłku dóbr cywilizacji. Na wyspach Salomona do tej pory oczekują na ładunki. Wielu wieśniaków przeniosło się z głębi lądu na wybrzeże. Zbudowali osiedle baraków do przechowywania towarów i punkty obserwacyjne. Przykładają do oczu puste butelki zamiast lornetek i wypatrują statków.

Antropolodzy znają dziesiątki plemion z całego świata, które łączy kult-cargo (cargo po angielsku znaczy “towar”), czyli wykonywanie magicznych rytuałów w celu ściągnięcia samolotów i statków z towarami. Czasami, by osiągnąć cel, tubylcy posuwali się nawet do dość niezwykłych sposobów. Otóż w latach 60. XX wieku na wyspie Nowy Hanover w pobliżu Nowej Gwinei przeprowadzono wybory. Nie wygrał żaden z lokalnych kandydatów, mieszkańcy głosowali bowiem na ówczesnego prezydenta USA, Lyndona Johnsona. Gdy dowiedzieli się, że nie zostanie ich prezydentem, zaczęli zbierać pieniądze. Wpadli na pomysł, że po prostu kupią prezydenta. A kiedy prezydent przejmie władzę na ich wyspie, zdradzi on sekret zdobywania ładunków za pomocą magii. Chcieli też zaprosić do siebie papieża, królową Elżbietę i księcia Edynburga. Wszyscy sprawili im zawód. W 1972 r. jeden z członków plemienia postanowił złożyć siebie w ofierze bóstwu cargo – zrobić z siebie ofiarę dla bóstwa. Od współwyznawców zebrał 20 tysięcy dolarów, by mogli uczestniczyć w tym wydarzeniu. Przedstawiciel australijskiego rządu wyperswadował mu ten pomysł. Pieniądze przeznaczono na budowę pomnika w Canberze.

Dla prymitywnych ludzi, tkwiących jeszcze w epoce kamiennej, biali ludzie ze swoją techniką i wiedzą stawali się równi bogom. Tak np. pewien szczep Indian z zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej traktował sir Francisa Drake’a.

Ale najbardziej niezwykły przypadek dotyczy amerykańskiego żołnierza, Johna Fruma. W 1943 roku Frum przybył na polinezyjską wyspę Tana (Nowe Hebrydy). Tubylcy żyli w niezwykle prymitywnych warunkach. Frum wyleczył niektórych tubylców za pomocą środków medycznych ze swej podręcznej apteczki, nauczył ich paru rzeczy, podzielił się swą wiedzą, a także obdarował kilkoma drobiazgami: guzikami, hełmem itp. Opowiadał im też o Ameryce, mówił, że to wspaniały kraj, Ziemia Obiecana, raj. Tubylcy uwierzyli, że sam Frum jest bogiem. Gdy Frum wreszcie odpłynął do domu, obiecał przyjaciołom, że kiedyś do nich powróci. Niestety, nie dotrzymał słowa. Oni czekają na niego do dziś. I chociaż misjonarze wprowadzili na wyspie chrześcijaństwo, wyspiarze nadal modlą się do swego boga, Johna Fruma, oraz odprawiają tajemnicze magiczne obrządki mające na celu sprowadzić go na wyspę Tana…

Jak widzimy na podstawie tego przykładu, prymitywnym ludziom nawet zwykły człowiek może się objawić jako bóg, jeśli tylko będzie przewyższał ich wiedzą i miał jakieś dziwne przedmioty. A gdyby tak do takiego plemienia dotarł przedstawiciel innej cywilizacji? Czy nie byłby uznany za boga?

W 1771 roku, gdy kapitan James Cook dotarł do zachodniego wybrzeża Tahiti, wyspiarze traktowali go, jakby był kolejnym wcieleniem Rongo – bóstwa, które przed wiekami przybyło do nich na statku, który spłynął z chmur, i w taki sam sposób odeszło, obiecując, że kiedyś powróci.

Wielu europejskich podróżników, m.in. Krzysztof Kolumb, było uznanych przez prymitywne ludy za powracających bogów. Znane są też plemiona, które czczą istoty niezupełnie przypominające ludzi, o których podania mówią, że przybyły z gwiazd lub z morskich głębin. Np. Indianie Kayapa z Brazylii twierdzą, że przed wiekami przybyła do nich z gwiazd pewna istota, która wszystkiego ich nauczyła. Nazywają ją Bep-Kororoti i oddają jej cześć podczas długich magicznych ceremonii. Tancerze, ubrani w dziwne stroje ze słomy przypominające kosmiczne skafandry, podczas obrzędowego tańca odtwarzają historię przybycia, pobytu i odlotu istoty z gwiazd.

Takich historii można odnaleźć mnóstwo. Niektóre my sami dobrze znamy: o dziwnych, skrzydlatych istotach zwanych aniołami, o boskich urządzeniach (np. z wizji Ezechiela), o podróżach do nieba, o gwiezdnych nauczycielach i twórcach różnych kultur, o ceremoniach pogrzebowych faraonów, gdzie ważną rolę odgrywają gwiezdne barki wiozące ich dusze “do domu”, czyli w okolice gwiazdy Syriusz, o niezwykłych kalendarzach Majów stworzonych, jak gdyby dla zupełnie innej planety, o olbrzymich, narysowanych na ziemi figurach i “pasach startowych” z płaskowyżu Nazca… Wszystkie te dziwy w jakiś sposób przypominają kult cargo.

Kogo my naśladujemy?

3 lipca 1917 r. w samo południe na pastwisku zebrało się 70 tysięcy ludzi. Nikt poza trójką dzieci nie widział świetlistej postaci, ale wszyscy byli świadkami niezwykłego spektaklu zwanego Tańcem Słońca. Na początku “Słońce” stanęło w zenicie wyglądało jak srebrny dysk. Wokół niego był widoczny świecący wieniec (pędniki telekinetyczne stabilizujące na krawędzi kadłubu statku latającego, w kształcie dysku – magnokraft; świecenie telekinetyczne). Nagle spadł ulewny deszcz (urządzenia telekinetyczne dużej mocy w wyniku poboru ciepła z otoczenia potrzebnego do napędzania obiektu powoduje obniżenie temperatury otoczenia i w tym przypadku – spowodował wystąpienie deszczu) mimo iż “Słońce” nie skryło się za chmurami. Deszcz był gęsty i gwałtowny i zamienił twardą glebę w ogromne grzęzawisko. W chwile później deszcz przestał padać, a grunt nagle wyschnął. Potem “Słońce” zaczęło drgać, chwiać się i po nagłym dziwnym ruchu wprawiło się w bardzo szybki obrót wokół własnej osi. Świeciło przy tym wszystkimi kolorami tęczy, jak potężny reflektor. W pewnym momencie dysk “słońca” wyleciał z ognia kolorów i zaczął spadać na przerażony tłum. Zatrzymał się tuż nad głowami ludzi i zygzakiem wrócił na swoje miejsce. Tyle go widzieli…

W tym czasie przekazywano trzem dzieciom przekaz metodami technologicznymi – emisja bezpośrednio do mózgu.

======

Relacja świadków z Fatimy – proszę porównać do opisów UFO (jasne światło wokół statków latających – często dyski – jarzenie telekinetyczne).