Opowieść o życiu

Informacja o działaniu karmy, czyli konsekwencjach wyborów własnych.

Motto:

“Długo się broniłem,
wreszcie się poddałem.
Kiedy stary człowiek przemieni się w pył,
powstanie nowy człowiek.

I jak długo nie posiądziesz
Tego – “obumieraj i stawaj się”,
będziesz stale jeszcze posępnym gościem
na tej mrocznej Ziemi.

Ten jest w błędzie, kto sądzi,
że człowiekiem rządzi ślepy los.
Każdy ma w najdrobniejszym szczególe to,
na co sobie zasłużył w minionym życiu”.

Goethe

Prolog

Prawo przyczyny i skutku [czyli karma – konsekwencja wyborów własnych] jest jednym z wielu praw, rządzących tym światem i w tym świecie. Jeżeli już mamy być dokładni, to prawo to oddziałuje również i w tamtym świecie, dokąd udaje się człowiek po tak zwanej śmierci. Określenie “po tak zwanej śmierci” ma swoje głębokie uzasadnienie, albowiem “śmierć” jako taka w ogóle nie istnieje w Uniwersum. Zagadnieniem tym jednak nie będziemy się teraz zajmować. Dla naszych potrzeb wystarczy przyjąć do wiadomości to stwierdzenie, a nadejdzie czas, kiedy Czytelnik zechce zgłębiać tę informację, studiując światową literaturę ezoteryczną.

Ważna natomiast jest dla naszych potrzeb informacja, że świat dialektyczny, w którym żyjemy, składa się z dwu części, a mianowicie:
1) z części widzialnej, w której my żyjemy, ci żywi;
2) oraz z części niewidzialnej dla naszych zmysłów [fizycznych] spostrzegania, w której żyją czy kontynuują swoje ziemskie życie w tamtym świecie tak zwani “umarli”.

Tamten świat nie jest żadnym Królestwem Nieruchomym, lecz jest po prostu odbiciem świata materialnego, w którym my żyjemy. Dlatego ezoterycy określają tamten świat “sferą odbić”. Jest to przestrzeń, do której wędrują po śmierci umarli w celu kontynuowania swej pielgrzymki ziemskiej w zupełnie innych warunkach. Jakkolwiek tamten świat, zwany “sferą odbić” stanowi po prostu drugą część tego świata materialnego i zbudowany jest z materii bardziej subtelnej i o wyższych wibracjach, jest dla naszych narządów zmysłowych [fizycznych] niewidzialny. Tym niemniej każdy człowiek, żyjący w tym materialnym i widzialnym świecie, jest także mieszkańcem “sfery odbić”, jest mieszkańcem tamtego świata jeszcze za życia [w tym ciele fizycznym]. W nocy, w czasie snu następuje rozszczepienie osobowości (osobowość człowieka posiada cztery ciała) i ciało astralne i mentalne wędruje do tamtego świata. Po pewnym czasie oba te ciała wracają do ciała materialnego, które znajduje się w stanie snu. [Ludzie podczas snu opuszczają swoje ciała fizyczne – jest to proces zupełnie naturalny. Ciała subtelne, ponad fizyczne, połączone są z ciałem fizycznym za pomocą “srebrnego sznura”. Sznur ten jest doskonale elastyczny, lecz jego zerwanie oznacza opuszczenie ciała fizycznego na zawsze, czyli tzw. śmierć ciała fizycznego.]

Jeszcze kilka słów na temat “karmy” każdego człowieka, która jest ściśle związana ze wspomnianym powyżej prawem przyczyny i skutku. Znane są przysłowia ludowe, takie jak:
“Każdy jest kowalem swego losu”;
“Co wczoraj posiałeś, to jutro będziesz zbierał”;
“Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”.

Z tego wynika prosty wniosek, że “karma” to nic innego, jak rezultaty naszych działań, naszej postawy życiowej (szacunku), na którą składają się nasze pragnienia, uczucia i pożądania (dobroć, pasja, ignorancja – 3 siły natury materialnej). Każdy człowiek tworzy sam sobie przyszłą egzystencję w obecnej inkarnacji, a przeżywane obecnie życie stworzył sobie w poprzedniej egzystencji.

Nie możemy zatem mieć pretensji do świata i ludzi za to, że żyjemy w takich, a nie innych warunkach, dlaczego to właśnie nas spotyka taki los itd. Bardzo wyraźnie jest to zagadnienie wyjaśnione i umotywowane w poszczególnych inkarnacjach tych samych mikrokosmosów występujących za każdym razem pod inną postacią, jako nową osobowością. Taka jest prawda!

A teraz życzymy Czytelnikowi dogłębnego zrozumienia motywacji tej publikacji i wyciągnięcia właściwych wniosków dla siebie samego.

  1. Syn hurtownika – Spotkanie po latach
  2. Zaślubiny i niewola
  3. Ku ruinie
  4. Koniec jednego życia
  5. Po drugiej stronie
  6. Samorozpoznanie
  7. Nowy dom i czyściec
  8. Spotkanie
  9. Studia
  10. Na ratunek
  11. Wyższa sfera
  12. Ponowne narodziny
  13. Luiza
  14. Rodzeństwo
  15. Powrót Luizy
  16. Śmierć Luizy
  17. Koniec ziemskiej wędrówki
  18. Za zasłoną
  19. Epilog

1. Syn hurtownika i spotkanie po latach

Kiedy owo ładne, choć niezbyt duże miasto, przeżywające coraz większy rozkwit, zostało zdziesiątkowane przez tyfus, Gizela miała 16 lat. Straszna choroba nie ominęła i jej rodziców. Matka, mająca z pewnością słabszy, bo wyniszczony organizm, nie przeżyła nawet kilku tygodni. Po paru zaś miesiącach, gdy do zarazy dołączyły się inne, chwilowo ukryte choroby, z ciężkim sercem, zostawiając swą ukochaną jedynaczkę, pożegnał się z tym światem ojciec Gizeli. Została właściwie sama. Ojciec, skromny nauczyciel w miejskiej szkole, nie mógł zapewnić córce fortuny, choć i biedy w domu nie znali. Bogaty wuj ze strony matki zaopiekował się sierotą, dając jej pokój w swoim zasobnym domu. Gizela, nauczona przez matkę szycia i haftowania, najczęściej też tym się zajmowała. A młode jej serduszko tęskniło. Był jeszcze ktoś o kim dziewczyna często myślała, o kim marzyła….

Właściciel dobrze prosperującej hurtowni towarów kolonialnych (owoce południowe, korzenie, przyprawy itp.), poważany i szanowany ogólnie obywatel, w poważnym dość już wieku, nie musi martwić się o losy swej firmy, od pokoleń należącej do tego samego rodu. Ma swego następcę. Jest nim rodzony syn – Roland. W niedalekiej przyszłości powinien przejąć prowadzenie interesów handlowych i kontynuować dobre tradycje starej kupieckiej rodziny. Roland otrzymał staranne wychowanie i, jak tradycja każe ludziom zamożnym, a liczącym się w mieście, wiele podróżował. Poza celami turystycznymi wojaże te miały przede wszystkim dostarczyć mu wiadomości przydatnych w działalności handlowej. W związku z tym gościł u licznych przyjaciół i klientów swego ojca.

Pomimo wielu atrakcji i zupełnie nowych dla Rolanda wrażeń, myśli jego, jak gdyby bezwiednie, czy też siłą przyzwyczajenia wybiegały często do jasnowłosej i błękitnookiej, o kilka lat młodszej od niego, Gizeli. Z dziewczyną łączyły go wspomnienia wspólnych, jeszcze dziecięcych, zabaw i figli. Ale nie tylko. Od jakiegoś czasu w ich młodych sercach zaczęło się budzić i rozwijać inne niż przyjaźń uczucie. I Roland wspomina tę delikatną, wiotką swoją dziewczynę, której całą jej istotę przenika czar subtelnej, budzącej się kobiecości.

Już dwa lata jej nie widział. Czy ona pamięta jeszcze o tym, jak pewnego wieczoru ślubowali sobie wierność i miłość, jak snuli plany na wspólną przyszłość. Jednakże na razie jest to wyłącznie ich tajemnicą.

Podróże jednak nie trwają wiecznie. Roland wraca wreszcie z zagranicznych wojaży do domu. I tu od razu wpada w wir spraw handlowych. Tego życzy sobie ojciec. Ma zostać prawą jego ręką. Nawet nie ma czasu na to, by pomyśleć o Gizeli. Lecz czy tylko nie ma czasu?….

Roland powinien założyć rodzinę, jak przystało na poważnego kupca, takie jest życzenie ojca i on też delikatnie wspomina synowi o pewnej pannie, córce bogatego armatora, która na pewno otrzyma pokaźny posag, a przy tym jest bystra i ładna. I coś dziwnego stało się z Rolandem. Posłuszny ojcu, a przy tym po kupiecku zapobiegliwy, jakby coraz mniej miał miejsca w swoim sercu dla ukochanej dziewczyny. Jednakże zdecydował się ją odwiedzić.

Gizela z trudem poznała w nim swojego Rolanda, chłopca z dziewczęcych marzeń. Zmienił się bardzo. Zmężniał i nabrał większej ogłady. Ale nie to uderzyło Gizelę. Przeraziło ją jakieś wewnętrzne przeczucie, że Roland jest już nie ten sam. Jest jakby obcy. Nie powitał jej już z dawną serdecznością. Było coś, co stanęło między nimi, jakby jakiś mur nie do przebycia.

Czyżby ona już nic nie znaczyła w jego życiu? Może Roland kocha inną… Może sprzeniewierzył się ich ślubowaniu, ich tajemnicy, którą żyła przez te lata? A może to córka bogatego armatora, czarnooka Eleonora, miała na niego taki wpływ? Wiedziała o jej, aż nazbyt częstych wizytach, składanych w asyście ojca, rodzinie Rolanda. Ludzie twierdzą, że Eleonora jest najbogatszą panną w mieście i okolicy. Gizela usilnie szukała przyczyny jego nieco oschłego do niej stosunku i widocznego zażenowania. Usiłowała sobie wmówić, że być może ona jest przyczyną tej dziwnej nieśmiałości i rezerwy Rolanda. Była przecież prawie dzieckiem, gdy widzieli się ostatni raz przed laty. A teraz – teraz jest już kobietą przecież.

Ciągle ma przed oczami anonimowy list, brutalne słowa bez podpisu, list, który wczoraj jej doręczono, a w nim te słowa: “Ten, któremu dałaś swe serce, sprzeniewierzył się Tobie, On kocha inną”. Zapewne złośliwość lub zazdrość była powodem napisania tych słów, jakże przykrych. Lecz kto to mógł zrobić? Gizela nie chciała dopuścić do siebie myśli, że to, co list zawierał, mogłoby być prawdą. Nie wierzyła w to, usilnie starała się w to nie wierzyć.

– Rolandzie – powitała go serdecznie i ciepło – jakże się cieszę, że nareszcie mnie odwiedziłeś. Myślałam chwilami, że zapomniałeś o mnie. – Jak możesz twierdzić tak, Gizelo! Przecież wiesz, jak bardzo byłem zajęty od czasu powrotu do domu. Teraz jednak postanowiłem, że nie będzie więcej przeszkód ku temu, aby cię odwiedzić kochana krewniaczko i by z tobą trochę pogawędzić. – Krewniaczka – dlaczego tylko tyle? – pomyślała Gizela. Czuła, że dzieje się z nią coś niedobrego. Odczuwała ogromne rozczarowanie raniące jej serce. Nic jednak na to nie odpowiedziała.

Roland spodziewał się takiej reakcji. Może nawet zrobiło mu się trochę przykro, lecz panującą ciszę przerwał zdecydowanie, szybkością wypowiadanych słów pokrywając niepewność:

– Ty wiesz, pamiętasz, że przed moim wyjazdem ślubowaliśmy sobie wierność. – Nie potrzebujesz mi tego przypominać – przerwała mu chłodno. – Ale przyrzekliśmy sobie również, że utrzymamy to ślubowanie w tajemnicy. I ja tego dotrzymałem.

– Ja także – odpowiedziała Gizela siląc się na spokój. – Czy wiesz, że ojciec mój życzy sobie, abym założył rodzinę? – A może wybrał ci też kandydatkę na żonę? – nerwowo spytała Gizela.

– Tak. To prawda. Była mowa także i o tym. – A ty? Co ty na to?

Po tym pytaniu nastała przykra, żenująca cisza. I tylko przez otwarte okno skromnego pokoiku Gizeli słychać było świergot ptaków, kłócących się zawzięcie w pobliskim ogrodzie.

Wreszcie Gizela nie wytrzymała napięcia. Wyjęła z szuflady list i podała go Rolandowi. – Czy to prawda?

– Kto to napisał? – spytał nieco zmieszany.

– Nie w tym zresztą rzecz – dodał wymijająco – zawsze kochałem cię jak siostrę, ale teraz sam jestem w rozterce. Ty wiesz, że z moim ojcem nie ma żartów. A ja przecież dziedziczę firmę.

– Teraz natomiast przychodzisz do mnie, abym ci coś poradziła? – Trochę na to liczyłem.

– Biedny, mizerny Rolandzie. Czy nie zdajesz sobie sprawy z tego, w jak żałosnym stanie stoisz teraz przede mną? Pytasz mnie o radę, pytasz, czy pozwolę ci złamać nasze ślubowanie czy nie. A przecież już samym tym pytaniem przekreśliłeś wszystko. Nie możemy już więcej na siebie liczyć. Jesteśmy znów tylko kuzynem i kuzynką.

– Idź i bądź szczęśliwy z Eleonorą – dodała po chwili milczenia – bo domyślam się, że to ona ma być wybranką dla ciebie, wyszukaną przez twego ojca. A ty go musisz słuchać. Ty go chcesz słuchać.

Roland bezradnie popatrzył na nią i jej łzy, bezradnie toczące się po policzkach i jak w transie, bezwolny, lecz jednak nieco zawstydzony, wyszedł z pokoju.

2. Zaślubiny i niewola

Chociaż czasami jeszcze Roland miewał wyrzuty sumienia, był zbyt słaby, by zawrócić, by przeszkodzić biegowi spraw. On – Roland, już nie ten beztroski młodzian co kiedyś, popełniał błąd za błędem, najgorsze zaś było to, jak łatwo mu to przychodziło. Prawie bez oporów. Żeby zagłuszyć to, co jeszcze w nim tliło się jako “dobro”, żeby zapomnieć o swym pierwszym moralnym upadku – noszącym imię Gizela – z pasją rzucił się w wir spraw zawodowych i z jeszcze większą pasją w ramiona wybranej mu narzeczonej. Eleonora, cygańska piękność, stopniowo zawładnęła nim bez reszty. Wbiła się jak gdyby szponami w jego biedną duszę, chociaż łapał się na tym, że nie wzbudzała w nim jakiegokolwiek tkliwszego uczucia. Panowała nad nim całkowicie i czuł wyraźnie, że ciągnie go w przepaść. Ojciec czasami zauważał dziwny nastrój syna, ale przypisywał go uczuciu do Eleonory i cieszył się, że syn będzie szczęśliwy z piękną, bogatą i przedsiębiorczą żoną. Taka właśnie żona jest ideałem dla właściciela liczącego się przedsiębiorstwa handlowego. Zbliżał się termin wesela. Eleonora błyszczała całym swym urzekającym blaskiem. Wspaniały ślub w starej, szacownej katedrze zgromadził tłumy ludzi. Na honorowych miejscach byli wszyscy, którzy w tym mieście i jego okolicach coś znaczyli. Znacznie później, przypadkowo, Roland dowiedział się, że z boku, w tłumie gapiów, stała stara kobieta z laską, przenikliwie wpatrując się w nowożeńców błyszczącymi od łez oczami, z wypiekami na twarzy i nerwowym drżeniem rąk. To była Gizela. A po weselu opuściła miasto i wszelki słuch po niej zaginął. – O, ja nikczemnik, ja – nędzna kreatura, nawet nie usiłowałem jej rozpoznać w przebraniu, nie starałem się przeniknąć jej skołatanego serca i czystej jak kryształ duszy – w odruchu przyzwoitości Roland zwymyślał sam siebie. Lecz była to tylko chwila samooceny.

Roland żył teraz pełnią życia. Ojciec Rolanda zrobił młodym miłą niespodziankę, być może chciał też pozyskać względy synowej i sfinansował im podróż do Włoch. W czasie tej wycieczki Roland przekonał się, że jego małżonka zachowuje się aż nazbyt swobodnie, nie miał jednak odwagi zwrócić uwagi na ten temat.

Wkrótce po ich powrocie z podróży poślubnej, ojciec Rolanda ciężko zachorował, nie pomogli najlepsi lekarze. Wkrótce zmarł. Firma stała się faktyczną własnością młodej rodziny.

Eleonora lubiła błyszczeć w licznym towarzystwie, urządzali więc często przyjęcia, nawet dość kosztowne. Roland wszystko to jednak aprobował i życie jakoś im się toczyło, a wewnętrzną pustkę młodzi wypełniali hałaśliwym przepychem. Jakby prowadzeni jakimś nakazem, przeważnie unikali przebywania tylko we dwoje. Roland coraz częściej myślał o biednej Gizeli, aż kiedyś, w czasie samotnej kolacji, nie wytrzymał dłużej i wspomniał swą kuzynkę, wysuwając domysły, co do jej obecnego miejsca pobytu. Reakcja żony była natychmiastowa. Jak nawałnica wybuchła stekiem obelg pod adresem Gizeli.

– Jak to dobrze, że nie mieszka w naszym mieście – krzyczała – nie moglibyśmy się opędzić od jej intryg [posądzanie innych o to, do czego samemu jest się zdolnym – projekcja]. Na pewno chciałaby ciebie usidlić. Takie ciche wody są najgorsze. Są zdolne do największych podłości.

Mimo, że Roland zawsze pozostawał pod silnym wpływem żony, że był jakby jej bezwolnym narzędziem, tego jednak miał już dość. Nie mógł dłużej słuchać tych oszczerstw i nie mógł na Eleonorę patrzeć. Teraz dopiero domyślił się, kto mógł być nadawcą anonimowego, tak przykrego dla Gizeli listu. Wstał od stołu i wyszedł bez słowa trzaskając drzwiami.

Chciał uciec, uciec jak najdalej od tego szatana w kobiecym ciele, a przede wszystkim uciec od siebie samego, od poniżania swej godności, od braku odwagi, która zawsze go opuszczała w obecności żony. Dlaczego nie wstawił się za Gizela, za tym świetlanym aniołem? Jakiż był słaby i podły. Jakieś resztki głosu rozsądku buntowały się w nim i mówiły mu: – musisz odejść od takiej żony, musisz ją porzucić, zanim nie wpędzi cię w jeszcze większe zło. Z tym postanowieniem wszedł do pokoju Eleonory. – I cóż, mój pan jeszcze się na mnie gniewa – zapytała z przekorą. Już miał jej powiedzieć o swoim nieodwołalnym postanowieniu, o podjętej decyzji o rozstaniu, ale gdy spojrzał w oczy tej osobliwej czarodziejki, zdobył się tylko na to, by powiedzieć: – Przepraszam….

3. Ku ruinie

Roland i Eleonora nie mieli niestety dzieci, które ożywiłyby martwotę ich wciąż jeszcze zamożnego, a przecież ponurego domu. Z czasem zaczęły też podupadać interesy firmy. Jakieś fatum zawisło na Rolandem. Największy magazyn hurtowni jego przedsiębiorstwa którejś nocy stanął w płomieniach i nic nie było w stanie go uratować. Jakby tego było mało, wkrótce potem nadeszła wiadomość o zatonięciu na morzu jednego z największych statków, wracających z pełnymi ładowniami, z jego towarem – z Indii. Nerwy Rolanda wprost odmawiały posłuszeństwa, a już zupełnie załamał się, gdy coraz częstsze objawy nasilającej się choroby zaczęły rujnować jego zdrowie. Ostre ataki bólu żołądka, jak wróg prowadzący wojnę podjazdową, nękały słabnący organizm.

Z Eleonorą właściwie nie znalazł wspólnego języka. Unikał jej, a i ona jego również. Cóż dalej miał począć? Jak rozplątać te wszystkie skomplikowane węzły i supły?

Roland źle sypiał i najchętniej nie wychodziłby ze swego pokoju. Nie miał ochoty widywać się też z ludźmi. Zresztą ludzi w jego domu było coraz mniej. Prawie wszyscy wielcy przyjaciele, którzy chętnie jedli i pili za lepszych czasów, teraz omijali ten ponury dom. W takim to opłakanym stanie, w samotności, rozgoryczonego na cały świat, a przede wszystkim na siebie, zastała któregoś wieczora Rolanda stara Marta.

Marta – to był jedyny jasny rozdział jego życia… Matki nie pamiętał, zmarła bardzo młodo, tuż po jego urodzeniu. Z czasów wczesnego dzieciństwa został Rolandowi obraz, jako przyjemne wspomnienie, radosnej i zawsze dobrotliwej tworzy jego piastunki – Marty. Ojciec, odkąd pamiętał, był zawsze surowy. U Marty szukał azylu i pociechy. Gdy oddano go do szkół, Marta odeszła. Nie była już potrzebna. Jednak jedynie jej prawie matczyna troska otaczała chłopca w najcięższych chwilach. Ona jedna też nie bała się mówić również słów gorzkich, a nawet przykrych. Zawsze była to jednak prawda. Do nikogo Roland nie odczuwał takiego przywiązania i dla nikogo nie miał takiego poważania jak dla niej. Po ślubie Rolanda Marta bardzo rzadko odwiedzała młodych. Instynktownie odczuwała niechęć żony Rolanda, więc nie narzucała się im.

Z tego odrętwienia obudziło Rolanda delikatne stukanie do drzwi. Z wyraźnym zadowoleniem spojrzał na zmęczoną twarz Marty. – Ja wiem, że panicz – tak zawsze zwracała się do niego – wzywał mnie swym wewnętrznym głosem.

– Moja dobra Marto, skąd możesz wiedzieć, że nie czuję się najlepiej? Twarz Marty spoważniała, jakby chciała obwieścić jakiś wyrok. – Chciałabym panicza o coś prosić.

– Każdą twoją prośbę spełnię natychmiast – odrzekł, myśląc, że chce może czegoś dla siebie, a przecież była mu ona tak bliska.

– Proszę zawczasu nie obiecywać. To może nie być wcale takie łatwe. Jednak dla panicza jest to konieczność. Chciałam prosić, aby panicz przejął ster rządów w swoim domu, otrząsnął się chociaż trochę z wpływów pani Eleonory, gdyż prowadzi ona panicza prostą drogą ku przepaści. Ja to czuję swoim sercem, czuję całą sobą. – Marteczko – odpowiedział Roland nieco oschle – ta sprawa nie powinna ciebie interesować.

– Jakże to paniczu? Ma mnie nie obchodzić, kiedy panicz stacza się na dno? Toż mnie to tak samo obchodzi, jak zbawienie mojej własnej duszy. – Przepraszam, kochana Marto, zapewne chcesz jak najlepiej dla mnie, ale…. – Jeszcze chciałam powiedzieć, że jak panicz odtrącił od siebie pannę Gizelę, to ja to tak odczułam, jakby mnie ktoś zranił i to podwójnie, bo przecież panicz zrobił krzywdę nie tylko pannie Gizeli, ale przede wszystkim sobie. Ja to wyraźnie czułam, a moim obowiązkiem jest teraz panicza ostrzec. Jak tu dalej będzie miała głos Pani Eleonora, to już widzę panicza w wielkim nieszczęściu.

Tak, ta niezawodna, poczciwa Marta. Znała Rolanda lepiej, niż on sam siebie. Ale czuł, że dobry wpływ Marty malał, a tej drugiej rósł. Słów Marty nie potrafił wziąć sobie do serca i zaczął po prostu bać się jej.

Eleonora za wszelką cenę starała się ratować swoją pozycję żony właściciela wielkiej hurtowni. Potrzebowała pieniędzy. Żądała ich i to coraz więcej. Roland wdał się więc w ciemne giełdowe interesy, w których został haniebnie oszukany. Jedynym jego udziałem była strata, hańba, wstyd i wyrzuty Eleonory. Ponieważ nie był już w stanie utrzymywać domu na odpowiednim poziomie, Eleonora zwróciła się o wsparcie finansowe do swego ojca, ten jednak odmówił.

Ta szatańska kobieta namówiła Rolanda, aby dla ratowania sytuacji spróbował szczęścia w hazardzie. Początkowo wygrywał, nawet dość znaczne sumy, co zachęciło go do zwiększenia stawek. I tak stał się namiętnym graczem. Noce często spędzał w klubach. Zaniedbywał przedsiębiorstwo. Skutki dały znać o sobie bardzo szybko. Grał ze zmiennym szczęściem, ale ostatnimi czasy nie miał już co przegrywać. Zaciągał więc pożyczki u lichwiarzy i staczał się coraz bardziej na dno. Jakby zaś tego wszystkiego było za mało którejś niespokojnej, pełnej majaków, nocy, usłyszał łomot do bramy. I cóż zobaczył? Swoją piękną żonę w otoczeniu kilku fircyków, mocno chwiejącą się na nogach. Po wejściu do domu zdążyła jeszcze tylko się pochwalić, że i ona szuka szczęścia w hazardzie, uprawianym w gronie swych przyjaciół i zwaliła się ciężko na podłogę.

Nazajutrz zobaczyli się dopiero przy kolacji. Byli sami. – Jak mogłaś tak się poniżyć i to w obecności i na oczach służby. Nie życzę sobie w moim domu takich historii jak wczorajsza. Zabraniam ci też brania udziału w grach hazardowych.

Ten nieoczekiwany stanowczy ton u Rolanda tak zaskoczył Eleonorę, że na chwilę zaniemówiła i spojrzała na niego prawie z uznaniem. Była to jednak tylko chwila. A potem wybuchła z pretensjami pod adresem Rolanda, a wymiana słów przerodziła się w wulgarną sprzeczkę. Żałosna ta scena nie pozostała bez echa w ich sercach. Mieli wiele pretensji do siebie nawzajem. Jednakże pierwsza ochłonęła Eleonora i przemówiła do Rolanda już normalnym tonem. Była z niej jednak dobra aktorka na scenie życia.

– Siadaj Rolandzie i porozmawiajmy szczerze. Wiesz dobrze, że potrzebuję pieniędzy, aby wyrównać i utrzymać należny prestiż naszego domu. Ty w grze nie masz szczęścia. Ja byłabym w tym o wiele sprytniejsza, kiedy jednak nie pozwalasz mi grać. Ojca prosić więcej nie będę. Jestem na to zbyt ambitna, a on raz mi, jak już wiesz, odmówił. Myślałam, że będziesz bardziej obrotny w interesach, a i w życiu w ogóle, ty jednak jesteś niezdarą, nawet w grze. Ale szacunek i zaufanie naszego domu muszą zostać przywrócone za wszelką cenę. Rozumiesz?

Roland siedział bardzo zawstydzony i czuł, jak jego wewnętrzne “ja” coraz bardziej maleje pod wpływem tej kobiety. Spojrzał na nią bezradnie i jednocześnie jakby z ufnością. Chciał uwierzyć, że ona coś zaradzi, coś wymyśli, coś zrobi. – Wymień mi ogólną sumę – powiedziała – która jest potrzebna dla uratowania naszej firmy od bankructwa.

Roland w tym momencie zupełnie oprzytomniał i z lękiem wymienił okrągłą cyfrę. – To jest bardzo dużo pieniędzy – powiedziała chłodno i powoli.

Długo milczeli oboje i tylko słychać było miarowe tykanie ściennego zegara. To było okropne. Roland pomyślał w tej chwili o starej, dobrej Marcie i jej trafnych przeczuciach.

– To jest bardzo dużo pieniędzy – zaczęła Eleonora po jakimś czasie. To jest mniej więcej tyle, ile wyniósłby spadek po moim ojcu. On jest już stary, z trudem się porusza, dokucza mu coraz bardziej serce i reumatyzm – mówiła cicho i powoli, spokojnie, jakby coś ważyła w swym lodowatym sercu. – Żebym ja była jedynaczką, a tak otrzymam tylko połowę spadku – szepnęła prawie do siebie.

– Roland – ocknęła się jakby z zamyślenia i mówiła stanowczo i szybko – przecież my musimy wypłynąć na powierzchnię, nie wolno nam zaprzepaścić żadnej szansy. Słuchaj więc uważnie, mój mężu. Znasz dobrze tego prawie półgłówka, mego brata Dominika. Jego świat – to księgi, zwłaszcza zaś podróżnicze. Kiedyś zwierzył mi się, że marzy o dalekiej podróży. Takiej, choćby nawet dookoła świata. Ojcu jednak nawet nie śmie o tym wspomnieć ze strachu przed jego gniewem. Ojciec jest przecież praktycznym i oszczędnym skąpcem. Nie wyda niepotrzebnie najmarniejszych nawet pieniędzy dla zaspokojenia jakichś tam mrzonek swego niezrównoważonego syna – fantasty. A więc to ty, Roland, musisz pomóc mu w poznaniu świata. To ty musisz, to my musimy zorganizować memu bratu ową wyśnioną podróż statkiem. Musimy mu pozwolić podróżować….

I tak “Ontario”, mały, stary dwumasztowiec, mocno już sfatygowany, lecz dzięki temu dość tani, wypłynął pod pełnymi żaglami w daleki rejs. Na pomoście stał rozradowany i szczęśliwy Dominik i z uśmiechem machał ręką na pożegnanie, wołając: – Dziękuję wam, jesteście bardzo wspaniałomyślni….

Po kilku tygodniach nadeszła wiadomość, że rybacy wyłowili resztki jakiegoś statku, który zatonął podczas sztormu. Na jednej z odnalezionych desek widniał trudno czytelny napis “Ontario”.

“O, potęgo piekielnej mocy, która mnie opętała. Jak bardzo muszę być zdegenerowany i nikczemny, że usłuchałem tych szatańskich podszeptów bezdusznej kobiety. Przecież ja naprawdę nie chciałem takiego obrotu spraw. Czy już nigdy nie wyjdę z tego obłędnego koła, z niewoli mojej własnej żony? Jak mam dalej żyć z tymi wspomnieniami?” – rozpaczał Roland w chwilach wewnętrznej odwagi. A jednak żył dalej.

4. Koniec jednego życia

Życie Rolanda nadal było szare, nijakie, ponure i bez treści. Zresztą takim było już od dnia jego ślubu. Ileż to lat minęło? Chyba osiemnaście. I tyle samo lat potwornej samotności, bo przecież nie mógł powiedzieć, żeby żona, ta wyniosła, sprytna i wyrachowana Eleonora była bliską mu osobą. Ona tylko mieszkała z nim pod jednym dachem. Najgorszy jednak był wewnętrzny głos, który krzyczał: morderca.

Był zrujnowany i w dodatku sam przyczynił się do upadku starej, dawniej ogólnie poważanej firmy. Co na to powiedziałby jego pracowity, troskliwy ojciec? Nieraz zastanawiał się nad tym, dlaczego wszystkie te przypadki spotkały właśnie jego, czym zasłużył sobie na aż tak podły los. I prawie całą winę przypisał swej żonie, siebie zaś częściowo rozgrzeszał. Lecz i takie tłumaczenie nie dawało mu ukojenia.

Jeszcze w czasie intensywnego poszukiwania ratunku dla swych spraw materialnych, nadeszła szokująca wiadomość o nagłej śmierci teścia. A śmierć ta była gwałtowną. Biedny ów człowiek skonał wśród silnych skurczów i gwałtownych bólów żołądka, na który wcześniej się nie uskarżał. Co to mogło być, tego nikt nigdy się nie dowiedział i nikt nikogo nie odważył się podejrzewać. Oficjalna wersja głosiła, że nasiliła się choroba serca, a do tego śmierć syna nadszarpnęła niemłody już organizm. Roland miał jednak własne zdanie o tej sprawie, lecz milczał.

Nieoczekiwana śmierć bogatego armatora dała powód do plotek o majątku, który zostawił. Roland odczuł ponadto, iż żona jakby z wyższością, w poczuciu własnej wartości, spoglądała na niego. To ona przecież będzie tą, która uratuje bankrutującą firmę. Roland nie wiedział już co byłoby lepsze, kompletny krach, czy ta poniżająca sytuacja i znów stal się bardziej zależny od żony i znów wzrósł na niego jej wpływ. Było mu wstyd. Bo w sumie nie tak przecież wiele trzeba by było poświęcić ze spokoju sumienia, aby przywrócić blask staremu domowi.

Po uroczystościach żałobnych nadeszła chwila otwarcia kasy pancernej w obecności spadkobierców i urzędnika sądowego. Jakież było zdziwienie, gdy w skarbcu poza mizerną ilością papierów wartościowych, było tylko nieco bilonu. I nic ponad to. Przeszukano wszystkie zakamarki od piwnic po strychy, ale i to nie dało rezultatu. A przecież gdzieś ten bogacz musiał ulokować swój kapitał. Tajemnicę jednak zabrał ze sobą do grobu. Być może przejrzał poczynania swej córki i po stracie jedynego syna majątek przeznaczył na jakiś inny, lepszy cel. Roland tymi przypuszczeniami nie dzielił się jednak z nikim.

Na drugi dzień miał zamiar porozmawiać z Eleonorą i zaproponować jej za resztę pożyczonych pieniędzy, jako że swoimi już dawno nie dysponowali, przeprowadzić się. I gdzieś w dalekim, obcym mieście mieliby zacząć życie od nowa. Roland był przecież jeszcze dość silny i zdrowy, znał się też nieźle na handlu, więc nic nie stało na przeszkodzie, by tam gdzieś, w owym bliżej jeszcze nieokreślonym miejscu, zacząć żyć uczciwie. Może nie w bogactwie, ale za to z czystym sumieniem. Nie mógł jednak nigdzie żony odnaleźć, propozycję więc wyjazdu musiał odłożyć na potem. Lecz i potem Eleonory nie było. Zniknęła nie zostawiając żadnych wiadomości ani śladów. Roland najpierw był zaskoczony, lecz gdy ochłonął przyszło zadowolenie z nowej sytuacji. Było to tak, jakby uwolnił się z niewoli, z fatalistycznych więzów. Sam mówił wszystkim wokół, iż żona, źle się czując po stracie bliskich, wyjechała do dalszej rodziny.

Oszołomiony chwilowo ostatnimi wydarzeniami Roland nie był zdolny w ogóle do myślenia. Czuł w sobie kompletną pustkę, a zwątpienie w sens dalszego życia położyło swe lodowate macki na sercu. Zamknął się w swoim pokoju i chodził w nim tam i z powrotem jak dziki zwierz w klatce. Sumienie oskarżało go i obnażało. “Zabójca” – wołało. Dopóki znajdował się pod silnym wpływem bezwzględnego demona – swej żony – ciężar popełnionych zbrodni jakby dzielił się na dwoje, lecz teraz, kiedy był wolny, sam, sumienie oskarżało go jakby ze zdwojoną siłą. Bil głową o ścianę czując ogarniający go paniczny strach. Znajdował się o krok od obłędu.

Kiedy tak szalał, nagle ktoś delikatnie zapukał do drzwi. Roland wstrzymał oddech. Któż to mógł być? Przyjaciół przecież już nie miał, żona zaś nigdy delikatnie nie pukała. Po chwili ciszy za drzwiami dał się słyszeć coraz silniejszy kaszel.

Zdecydował się. Otworzył drzwi. Na progu stała wychudła kobieta o nieco tylko zaróżowionych, jakby chorobliwie policzkach. – Rolandzie, czyżbyś mnie nie poznał? – szepnęła z zakłopotaniem. – Jestem twą kuzynką Gizelą. Wiem, z pewnością zmieniłam się i to bardzo. Choruję od dawna na gruźlicę i chyba niewiele mi już życia pozostało. A ostatni raz widzieliśmy się na pogrzebie twego ojca, o ile w ogóle zwróciłeś na mnie wtedy uwagę. To już tyle lat….

– Pamiętam ciebie, Gizelo, z dawnych czasów. Wtedy byłaś piękną i czarującą dziewczyną. Rzeczywiście, bardzo się, biedactwo, zmieniłaś, postarzałaś. Ale chodź, usiądź i opowiadaj o sobie.

– Chętnie usiądę. Ostatnio bardzo się męczę. Nie o mnie jednak porozmawiamy. Rozmawiać będziemy o tobie, Rolandzie. – Cóż ty możesz wiedzieć o mnie i jak możesz mi pomóc? – W twoich kłopotach finansowych zapewne nie jestem w stanie niczego doradzić. Lecz nie odtrącaj mojej pomocy duchowej. Czy sądzisz, że można pozwolić komuś całkowicie upaść, gdy ten ktoś jest na zawsze w naszym sercu? Odrzuciłeś moją prawdziwą niekłamaną miłość i chociaż niezmiernie z tego powodu cierpiałam, jednak kocham cię nadal, nawet teraz, kiedy staczasz się na samo dno. Ty nigdy nie darzyłeś nikogo tak silnym uczuciem, więc nie znasz tej rozterki, tej tęsknoty. Wiem, że błądziłeś, że zadałeś gwałt swemu lepszemu “ja”, że uległeś złym wpływom sprowadzającym cię stopniowo w bagno grzechu, hańbę i rozpacz. Wpływom, z których nie mogłeś wyzwolić się, otrząsnąć. Byłeś zbyt słaby. – Przestań – krzyknął Roland, nie mogę dłużej słuchać tych oskarżeń. Wiesz, że sam siebie po stokroć oskarżam. Wina jest tylko moja własna. I całe to gorejące piekło noszę w sobie ja sam.

– Wszystko to wiem i dlatego przyszłam do ciebie. Dniem i nocą jakaś nieznana siła wołała do mnie: “Idź i ratuj go. On, ten, którego kochasz, ginie”. Dlatego tu jestem. Otwórz więc Rolandzie swe serce przede mną – Gizela powiedziała to tak czule, jak dotąd nikt do Rolanda nie przemawiał – Przyniesie ci to ulgę, pocieszenie i nadzieję.

– Dla mnie nie ma już żadnej nadziei, żadnego pocieszenia, nic mi już nie pomoże. Nawet ty przychodzisz za późno, Gizelo.

– Nie wierzę w to. Jest przecież niemożliwością, aby człowiek nie mógł otrząsnąć się i wyjść z najgorszego nawet dna. A przecież w twej duszy, Rolandzie, tli się na pewno jeszcze iskierka lepszego, szlachetniejszego człowieka. Musisz więc mieć tyle siły, aby tę iskierkę rozniecić. Musisz mieć odwagę spojrzeć nieszczęściu w oczy i zacząć nowe życie.

– Ty mnie zupełnie nie znasz, Gizelo. Mówisz o odwadze, gdy tymczasem ja jestem skończonym tchórzem, szubrawcem, który nie jest wart twego poświęcenia. Nie zasłużyłem na twoje dobre serce. O, ja nieszczęsny.

Gizela musiała zapewne widzieć i rozumieć stan wzrastającej rozpaczy i beznadziejności, bo podbiegła do Rolanda z wyciągniętymi rękoma, z oczami pełnymi łez i z takim bezmiarem smutku na mizernej, umęczonej twarzy, że prawie wzbudziła w nim ludzkie uczucie współczucia dla niej i dla siebie. – Przyrzeknij mi jedno – powiedziała – nie próbuj pozbawić się życia, Rolandzie. Ja tak bardzo chcę cię uratować.

Było tyle siły w tej wątlej istocie, cała jej postać emanowała taką dobrocią i ciepłem, że Roland przez moment poczuł się jakby odrodzonym i lepszym człowiekiem, zdolnym do podniesienia się z upadku. Lecz w następnej minucie szatan zwątpienia i słabości opanował go ponownie. – Nie, nie ma ratunku i żadnej nadziei. Jak szaleniec wybiegł z pokoju nie żegnając się z Gizela. Następnego dnia z kanału portowego wyciągnięto jego ciało. On – Roland – już nie żył.

5. Po drugiej stronie

Ja – Roland – już nie żyłem.

Miałem nadzieję, że pozbawiając się życia, jak zapewne sądzi wielu innych ludzi, odsunę od siebie wszystkie troski i zmartwienia, nieludzkie męczarnie fizyczne i psychiczne, będące dotąd moim udziałem. O, jakże byłem i jestem naiwny.

Jak było bezpośrednio po mojej śmierci, jakich doznawałem odczuć i wrażeń, nie jestem w stanie powiedzieć konkretnie. Ogarnął mnie chaos, otępienie i odurzenie czymś zupełnie nowym i strasznym.

Czułem, że żyję dalej i jednocześnie odczuwałem okropne męczarnie w nieustannie powtarzającej się mojej ziemskiej śmierci. Nie miałem niczego, co nie byłoby chorym i obolałym. Chciałem wołać o pomoc, jednak nie mogłem wydobyć głosu, zresztą w czarnych czeluściach, zewsząd mnie otaczających nie widziałem nawet jakichkolwiek jaśniejszych konturów.

Jak długo znajdowałem się w tej, powtarzającej się, straszliwej agonii, nie potrafię obliczyć. Możliwe, że według ziemskiego czasu nie było to aż tak długo, ponieważ jednak mogłem mierzyć czas tylko miarą niekończących się cierpień, zdawało mi się, iż męki te trwają wieki całe. To chyba właśnie było piekło.

Gdy cała moja astralna istota była już u kresu sil i wytrzymałości, pojawiła się nagle przy mnie jakaś jaśniejąca postać i odczułem niezmierne zadowolenie z tego, iż jestem w stanie coś spostrzegać. Myśli zaczęły wychodzić z zamętu nicości i zrozumiałem, że nachyla się nade mną ktoś, kto na pewno jest bardzo dobry, ktoś chłodzący swą obecnością me tętniące skronie. – Kim jesteś, dobry duchu? – spytałem.

On nie odpowiedział. Pomógł mi natomiast dźwignąć się i zaprowadził do jakiegoś dużego gmachu. Choć widziałem już nieco lepiej, widocznie jednak moje zmysły nie działały jeszcze dość sprawnie, bo z trudem rozpoznawałem ludzkie sylwetki. Mogła to być równie dobrze jakaś lecznica, jak i dom obłąkanych, gdzie znajdowały się istoty, w podobny do mojego sposób rozstające się z ziemskim życiem.

Mój przewodnik, bo tak go w duchu nazwałem, wpływał na mnie kojąco wśród tej rzeszy nieszczęśników. Ciągle pozostawało dla mnie zagadką, kim był w istocie. Z czasem dowiedziałem się, że te duchy przewodnie, to ludzie, poświęcający się dobrowolnie po śmierci, dla ratowania takich jak ja grzeszników. Wprost nie mogłem wyjść z podziwu dla intencji tych przewodników, ja – typowy egocentryk za życia. Było to dla mnie zupełnie czymś nowym, co kazało mi głęboko zastanowić się nad sobą.

Dalej żyłem w stanie odrętwienia i apatii, kiedy jednak zaczęła pracować pamięć, pojawiły się natychmiast obrazy z ziemskiej przeszłości. Wspomnienia mizernego, grzesznego życia ziemskiego poczęły budzić we mnie, jeżeli jeszcze nie rodzaj skruchy i zawstydzenia, to już coś jakby zalążek zmieniającej się świadomości. Bardzo wolno zaczynałem pojmować, zwłaszcza przebywając w towarzystwie swego przewodnika, że istnieją wartości wyższego rzędu i tylko one się liczą. Ciągle jednak byłem jeszcze człowiekiem – zwierzęciem z ogromem ludzkich błędów i podłości. Buntowałem się wewnętrznie patrząc na otaczające mnie cierpienia i bezsilność. Wydawało mi się, że wystarczy zasłona zapomnienia, aby wymazać przeszłość z pamięci. O, jakiż byłem ograniczony i jak wiele brakowało jeszcze do zrozumienia wszystkich zależności istniejących w tym i tamtym świecie. Nie wiedziałem, że nawet najmniejsze poczynania, najskrytsze myśli i wszystko co czynimy w ziemskim życiu będzie policzone, zważone, zbadane i podsumowane.

Nie pojmowałem, że człowiek sam stwarza swój późniejszy los, sam napełnia swą czarę kolejnymi doświadczeniami, tym boleśniejszymi, im bardziej będzie oddalać się od boskich praw, im bardziej będzie się przeciwstawiał boskiemu planowi.

Gdy czułem się już na tyle dobrze, abym mógł normalnie myśleć i działać, mój świetlany przewodnik poinformował mnie, że czas rekonwalescencji skończył się i powinienem opuścić lecznicę. Nie mogę zajmować miejsca, na które czekają inni nieszczęśliwi. Zmartwiło mnie to bardzo. Gdzie miałem teraz pójść? Nikogo nie było, kto by się mną zajął, tak jak mój przewodnik. Nie znalem żadnej drogi i wszystko tu było dla mnie nowe, obce.

– Musisz stąd odejść i szukać – powiedział mój dotychczasowy przewodnik. – Czego, albo może kogo mam szukać, i gdzie? – spytałem. – Musisz szukać tak długo, aż znajdziesz siebie samego. Widząc, iż niczego z tego nie pojąłem, spojrzał na mnie z wielką dobrocią i miłością i odrzekł: – Musisz szukać w sobie samym, w swym własnym wnętrzu. Nie przyjdzie ci to łatwo. Będziesz upadał i podnosił się, upadał i znów podnosił się tak długo, aż odnajdziesz swoje lepsze “ja”. A kiedy je odnajdziesz, przyjdzie kolej na jego rozwój i uszlachetnienie. I wtedy będziesz szczęśliwy.

– Przyjacielu mój – zapytałem – powiedziałeś, że mam pójść i szukać, lecz gdzież mam się udać, gdzie znajdę to szczęście? – Siebie odnajdziesz tylko jako samotny pielgrzym. Zasmucony zauważyłem, iż ciężko mi będzie samemu w obcej krainie i chociaż na początku, prosiłem, mógłby mi pomóc w tej wędrówce. – Nie bądź egoistą – odpowiedział przewodnik – chyba współczujesz tym wszystkim twym niedawnym towarzyszom; któż by się nimi zajął? I jeszcze jedno ci powiem – ja byłbym ci tylko przeszkodą, opóźniałbym twój duchowy rozwój. Jeśli jednak zrobisz postępy na drodze poszukiwania swego lepszego “ja” – wiedz o tym – nie będziesz sam. W wędrówce twej będzie ci towarzyszył ktoś, kogo na razie jeszcze nie zobaczysz, jednakże on zawsze będzie ci pomocny w potrzebie.

Uśmiechnął się do mnie, objął mnie serdecznie i pobłogosławił na drogę. Zostałem sam. Jakże ciężko mi było na duszy. Wiedziałem, że czeka mnie teraz wielka niewiadoma i przeczuwałem niełatwą walkę z samym sobą. Zrobiło się zupełnie ciemno. W nieznanym mi terenie potykałem się często. Z niekłamaną radością zobaczyłem drzewo i usiadłem pod nim zmęczony. Usiłowałem zasnąć i o wszystkim zapomnieć. Nie dane mi jednak było zaznać błogiego spokoju w kojącym śnie. Ostatnie ziemskie przeżycia stanęły mi przed oczami i ogarnął mnie ogromny strach. Chciałem uciec przed tymi obrazami, zerwałem się więc i pobiegłem.

Nie jestem pewien, czy potrafię w ubogiej ziemskiej mowie opisać wszystkie przeżycia w krainie duchów, w świecie astralnym. Jakże fałszywe pojęcie mają ziemscy ludzie o tym drugim świecie. Nie wiedzą oni o tym, że świat astralny jest tak podobny do ziemskiego, jakby był jego odbiciem, z tą jednakże różnicą, że jest zbudowany z delikatniejszej materii. Również ludzie i tu i tam podobni są zewnętrznie i wewnętrznie, a różnią się jedynie poziomem wibracji i materiałem użytym do budowy ich ciał.

Wszystko w zasadzie jest podobne lub nawet takie samo. Jednak w świecie astralnym jest coś, co go wyróżnia dość wyraźnie. Jest to subiektywne ujęcie spostrzeżeń każdego indywidualnego człowieka, inna jego świadomość, tutaj też duch tworzy sobie obraz tego co widzi, w zależności i zgodności ze swym stopniem rozwoju. Tak jak namalowany przez artystę obraz jest różnie odbierany w zależności od tego, czy ogląda go widz wyrobiony, czy laik, choć przecież to dzieło sztuki zawiera w sobie dokładnie tę samą obiektywną rzeczywistość przekazywaną im obu. W świecie astralnym ten punkt widzenia odgrywa daleko ważniejszą rolę niż w świecie ziemskim, tam jakby każdy tworzył swoje otoczenie według swego upodobania, według swych możliwości, według swej świadomości. Serce daje w tym celu materiał, a duch z niego tworzy. Pojęcia te są jednak trudne do przyjęcia i zrozumienia w świecie materialnym.

6. Samorozpoznanie

Dokładnie i szybko będę przekazywał to, co później przeżywałem i co mi się przydarzało. Były to niezmiernie ważne i znaczące fakty na mojej dalszej drodze.

Znalazłem się zupełnie sam na pustkowiu, a rosnące gdzieniegdzie drzewa, swymi niesamowitymi kształtami dodawały tylko upiorności do wyglądu tego beznadziejnego terenu. Lecz i ja sam znajdowałem się w zupełnie beznadziejnym stanie psychicznym. Nie mogłem zebrać myśli, a moim gorącym pragnieniem było ujrzeć człowieka, ludzkie osiedla. Jedyna droga prowadziła jednak w kierunku jakiś bagien, moczarów i musiałem bardzo uważać, aby nie zapaść się w te trzęsawiska. Gdy nieludzko zmęczony zobaczyłem coś na kształt krzewu, rzuciłem się na ziemię by pod nim odpocząć i zapomnieć o wszystkim. Zbyt wiele jednak pragnąłem chyba dla siebie. Błogosławiony sen nie nadchodził.

Zaczął mnie ogarniać dziwny niepokój, nie był to jednak zwykły strach. Było to tak, jakby coś z mego wnętrza wołało: “policz się z samym sobą, zrób rachunek sumienia. Nie wolno ci jednak niczego zatajać czy umniejszać, jak to czasami bywa przy konfesjonale”.

Zapadłem w półsen i zrazu cicho jęczałem, potem jednak coraz głośniej krzyczałem – “ratunku”. Czułem, jakby ktoś moje serce szarpał to tu, to tam. Oddech stawał się coraz szybszy, krótszy i czułem się, jakbym zaczął się dusić. Nagle, w krytycznym stanie mego astralnego ciała, wśród męczarni duszy ujrzałem, jak poruszają się trzęsawiska, a nad ich cuchnącymi oparami unoszą się jakieś postacie. Przetarłem oczy. Halucynacje? Wyraźnie usłyszałem swoje ziemskie nazwisko wymawiane z szyderstwem, przekleństwami i groźbami. Starałem opędzić się z tych okropnych majaków. Groziłem i prosiłem, aby dały mi spokój. Skądś wydały mi się znajome. Ale skąd? Z wolna, z trudem zaczynałem je jednak rozpoznawać. Były to ofiary mego niecnego życia na ziemi. Ludzie, których bez skrupułów oszukiwałem, krzywdziłem, wyzyskiwałem. Ludzie, których położenie i warunki na ziemi niewiele mnie obchodziły, chociaż czasami byli to moi bliscy, krewni czy znajomi. Nie ma dla mnie ratunku. Szatański śmiech i groźby przerażały mnie, najbardziej jednak cierpiałem patrząc na niewymowne smutne postacie, bez słów kierujące do mnie swe smutne i nieme oskarżenia. To było ponad moje siły. Potężny szloch wstrząsnął całą mą postacią. Płakały nie tylko moje oczy, ale serce i cała istota. Po tym wybuchu płaczu poczułem ulgę.

Wtem jakiś głos szepnął mi: “musisz ich prosić o wybaczenie”. Słowa te usłyszałem wyraźnie, jednakże ze zdziwieniem stwierdziłem, iż nikogo nie było w pobliżu, poza, coraz rzadziej teraz ukazującymi się, widmami moich prześladowców.

Niezupełnie jeszcze mogłem zrozumieć, dlaczego miałbym te wszystkie zjawy prosić o przebaczenie. Przecież moje uczynki były tak pospolite, tak “na porządku dziennym” ludzkiego ziemskiego żywota. Przecież tysiące ludzi przede mną żyło podobnie. A zresztą wina była tylko częściowo po mojej stronie, ona – moja żona, była motorem większości moich uczynków. Kiedy tak próbowałem usprawiedliwiać swoje ziemskie postępki, nagle w oddali ujrzałem jeźdźca na koniu. Zerwałem się na równe nogi, ciesząc się bardzo na jakąś zmianę, tym bardziej, że niezupełnie byłem zadowolony z siebie. Coś w głębi serca mówiło mi, że te moje rozliczenia z przeszłością jeszcze się nie zakończyły. Na razie jednak starałem się to w sobie zagłuszyć.

Jeździec zbliżył się z zadziwiającą szybkością. Zeskoczył z konia i stanął przede mną w pelerynie i dużym kapeluszu, tak, że nie mogłem rozpoznać rysów jego twarzy. Cała postać była jakby świetlista i piękna. – Witaj pielgrzymie – odezwał się do mnie.

– Kim jesteś, o panie, i gdzie ja się znajduję? Tak chciałbym odszukać jakieś domostwo. A ta droga dokąd prowadzi? – wyrzuciłem z siebie tyle pytań naraz, jakbym się bał, że świetlisty jeździec zniknie nie udzieliwszy mi odpowiedzi. – Pytasz – odrzekł on – gdzie się znajdujesz? Otóż jesteś na drodze poszukiwania siebie samego. Jeżeli siebie odnajdziesz, ta droga poprowadzi cię do twego domu ojczystego przez dolinę rozpoznania siebie samego i samoprzezwyciężenia. – Dlaczego przemawiasz do mnie tak dziwnie? – odparłem – Czyżbyś znał mnie i moje problemy?

– Tak, jestem twoim przyjacielem. Wiedziałem więc, że jesteś w potrzebie i co koń wyskoczy przybyłem tu, aby ci podać pomocną rękę. Znam tę drogę i mogę ci służyć radą i wskazówką. – Ale ja nie wiem kim jesteś, nie wiem komu mam dziękować.

Jeździec zdjął olbrzymi kapelusz, zrzucił podróżną pelerynę i stanął przede mną…. Dominik jestem, powiedział. Zakotłowało się we mnie.

– Pewnie będziesz mi czynił wymówki, będziesz wyrzucał moje postępowanie. Wiedz jednak, że nie byłem sam. Wiedz, że to był jej pomysł. Ja tylko pomagałem jej, twojej siostrze. Przestańcie mnie już wszyscy dręczyć. – Szkoda, że mnie odrzucasz – rzekł łagodnym, przyjaznym głosem – odchodzę teraz, gdybyś jednak kiedyś był w potrzebie, wystarczy jeśli pomyślisz o mnie, a będę starał się pomóc ci.

Chciałem mu podziękować, lecz Dominika już nie było. Może to i lepiej. Trudno byłoby mi spojrzeć mu w oczy. Przecież to ja wysłałem go na śmierć. On za to nazwał mnie “swoim przyjacielem”. Coś jakby drgnęło w moim sercu, coś jakby zaczęło się otwierać i budzić ze snu. Tak dziwnie ze mną rozmawiał. Muszę znaleźć i poznać siebie samego…. Tak samo, o ile sobie przypominam, wyraził się pierwszy mój przewodnik po astralnych drogach.

A wewnętrzny głos płynący z głębi serca nie dawał już spokoju i wtórował za przewodnikiem i Dominikiem: “rozpoznaj siebie samego, a gdy tego dokonasz, napraw wszystkie wyrządzone krzywdy i staraj się przezwyciężyć swoje “ja”, swój egoizm.

Walczyły we mnie wszystkie siły. Owładnęło mną uczucie, jakbym poddawał się ciężkiej a koniecznej operacji. Czy była ona nieunikniona? Kto miał przyłożyć mi skalpel? Czyżbym musiał zrobić to sam? Czy jednak potrafię? Zaczęło ponownie ogarniać mnie zwątpienie i wielki niepokój.

W tym właśnie momencie zerwał się silny wiatr, a niebo rozświetliły błyskawice jedna po drugiej. Rozpętała się burza. Jakby tego wszystkiego było mało, wśród szaleństwa grzmotów, błyskawic i ulewy, znów podjęły przede mną swój przerwany, obłędny taniec, zjawy mych ofiar. Byłem u kresu sił, u kresu wytrzymałości. Padłem oszalały na mokrą ziemię. Coś we mnie pękło i rozwarło się. – Litości – zawołałem – przyznaję, że wszystkich was skrzywdziłem i unieszczęśliwiłem. Teraz to pojmuję. Sam teraz jestem bardzo nieszczęśliwy z tego powodu. Byłem podły, zły i bardzo słaby, proszę, aby każdy z was wybaczył mi moje poczynania. O, jak bardzo żałuję. I ty Dominiku, którego wysłałem świadomie na pewną śmierć, przebacz mi i przebacz też jej, mojej żonie a twojej siostrze. Przebaczcie mi ludzie z załogi, która razem z tobą Dominiku, utonęła we wraku. To była moja największa zbrodnia, i nie wiem, jak będę mógł ją odpokutować. I ty Gizelo, która naprawdę mnie kochałaś, ciebie przecież tak bardzo skrzywdziłem.

Nie potrafię powiedzieć, jak długo leżałem na ziemi mokrej od moich łez i deszczu. Burza ucichła i mimo fatalnego stanu, w jakim się znajdowałem, wewnętrznie poczułem odrobinę ulgi. Czułem się jak chory po szczęśliwie przebytej operacji. Kiedy podniosłem się z ziemi i rozważałem, w którą udać się stronę, żeby wreszcie móc znaleźć się w pobliżu jakichś zabudowań, ktoś delikatnie dotknął mego ramienia. Koło mnie stała świetlana, promienna postać emanująca wokół dobrocią i miłością.

– Kim jesteś? – zdziwiłem się. – Widzę cię po raz pierwszy. – Jestem twoim przyjacielem. Cały czas jestem z tobą w twej pielgrzymce. Byłem z tobą także na długo przed tym, lecz ty nie byłeś w stanie mnie widzieć, czasami mogłeś usłyszeć tylko mój głos. Chodź teraz, pójdziemy razem tam, gdzie łąki są pełne kwiatów, a lasy drzew zielonych, gdzie ptaki śpiewają i ludzie są uśmiechnięci. – Przyjacielu, chyba nie jestem godzien takiej dobroci. Jestem przecież ostatnim pod słońcem łajdakiem.

– Nie mów tak. Żaden człowiek nie może upaść aż tak nisko, aby nie był w stanie podnieść się, aby go nie można było uratować. Ty na swojej drodze zastosowałeś się do słów przewodnika: “rozpoznaj i odszukaj siebie samego”. Dokonałeś tego. Przeszedłeś przez ogniową próbę przezwyciężenia siebie samego. Teraz kolej na nagrodę. Otrzymasz przebaczenie tych wszystkich, których skrzywdziłeś i będziesz miał okazję im zadośćuczynić.

– Przyjacielu – zawołałem uradowany – jak dobrą przynosisz mi nowinę. Sam jesteś taki wspaniały, taki dobry.

– Moja dobroć, mój drogi, to tylko nikle odbicie wiecznej, nieskończonej miłości. Jeżeli jesteś tak uradowany, jak zresztą i ja jestem, to wspólnie pomódlmy się i podziękujmy Bogu za tę łaskę, która spowodowała, że Jego iskierka w twym sercu, tląca się dotąd jedynie nikłym płomykiem, mogła rozpalić się wreszcie. I zrozumiałeś głęboką myśl o przezwyciężeniu siebie samego, a pokój ogarnął całą twoją istotę.

7. Nowy dom i czyściec

Znów zostałem sam. Na nowo zaczęły mną miotać wszystkie niedawne przeżycia. Ku mojej jednak radości ujrzałem w dali znaną mi już sylwetkę Dominika. Zjawił się tak szybko przy mnie, jakby przybywał na skrzydłach. Przywitał się serdecznie i podał swe ramię, gdyż co chwilę opuszczały mnie jeszcze siły. Delikatnie wspomniał o ostatnim etapie jego ziemskiego życia. Mówił, że zawsze dobrze o mnie myślał i kochał mnie po swojemu, chociaż ze swej strony nie okazywałem większego nim zainteresowania. Tym bardziej było to dla mnie niespodzianką, że nie zajmowała się nim nigdy także i jego siostra, a moja żona, Eleonora. – Nie znaliście mnie zupełnie – ciągnął swe opowiadanie – uważaliście mnie za wciąż dziecinnego lub mało rozgarniętego, a ja po prostu byłem inny niż wy, inny niż wszyscy. Nie przykładałem wagi do fortuny, do majątku i błyskotek tego świata, a najmilszym moim zajęciem było czytanie. Pochłaniałem niezliczone ilości książek. Szukałem w nich prawdy. Lecz nie znalazłem jej w tych książkach. Cieszyłem się bardzo propozycją podróży do dalekich Indii. Myślałem, że może tam, gdzie było wielu mędrców, rozwiążę zagadkę mego życia. Dalej…. sam wiesz, jak potoczyły się sprawy. Nie mówię ci tego wszystkiego, aby sprawić ci ból i przykrość wspomnieniami, raczej po to, aby dopomóc ci w twoim dalszym rozwoju. W twojej dalszej drodze, która cię czeka ku lepszemu jeszcze zrozumieniu niejasnych nadal spraw.

Mimo jego łagodnego podejścia, czułem się fatalnie. Do okropnych przeżyć wewnętrznych, dołączyły się znów wyrzuty sumienia. Wszystko zaś razem spowodowało, że zacząłem potykać się na drodze i upadać. Dominik niósł mnie prawie, taki był silny. Ja zaś – bez sił. Była to piękna droga pod górę. Spotykaliśmy całe masy wędrowców, niewiele jednak z nimi rozmawialiśmy. Przecież mieliśmy sobie nawzajem tyle do opowiadania, tyle do przekazania.

Gdy zbliżaliśmy się do jednej z ławek, jakich wiele było po drodze, zauważyłem siedzącą na niej postać pilnie nas obserwującą. Był to mój dobry przyjaciel – przewodnik, który wyprowadził mnie z koszmarnej nocy pełnej męczących majaków. – Jesteście już. To dobrze – rzekł Anir, tak się właśnie nazywał – czekam tu na was z niecierpliwością. Mam dobrą wiadomość – zwrócił się do mnie – spójrz nieco w dół. Czy widzisz tę dolinę z gajem oliwek? Podam ci specjalną lornetkę, a zobaczysz także piękny biały domek wśród kwiatów i zieleni drzew. Wiem, że tęsknisz do spokojnego życia wśród natury. Ten dom, który widzisz, będzie teraz twoim domem.

Byłem tak zaskoczony i jednocześnie zadowolony, że rzuciłem się do jego stóp, dziękując za tyle łaski.

– Nie dziękuj mnie – rzekł Anir – jest to bowiem twoja zasługa. Własną pracą nad sobą zarobiłeś na taką nagrodę. Dominik i ja pomogliśmy ci tylko. Tam musisz nabrać sił. Czeka cię jeszcze bowiem wiele, wiele pracy.

Czułem jak nagle przybywa mi sił, zwłaszcza tych wewnętrznych. Czułem się zdolny pokonać wszelkie przeszkody.

– Z kim chciałbyś tam zamieszkać? – zapytał Anir na pożegnanie. Odchodził już, pilnie wzywany, gdyż miał liczne obowiązki.

– Z Dominikiem – odrzekłem natychmiast i bez namysłu, jakbym się obawiał utraty przyjaciela.

– Wola twoja będzie spełniona. Gospodarzem domku będzie zaś…. ale to jest niespodzianka.

– Niech cię Bóg błogosławi – powiedział na pożegnanie. – Kiedy będziesz mnie potrzebował, zawołaj, a zjawię się natychmiast.

Próbowałem wybadać Dominika, jaka to niespodzianka czeka mnie w nowym miejscu, ale ten odpowiedział tylko, że na wszystko przyjdzie czas. Zawstydzony z powodu swej ciekawości, zamilkłem.

– O, cudzie – nie wierzyłem własnym oczom, kiedy w drzwiach domku serdecznie powitała mnie Gizela. Nie ta zrozpaczona, z naszego ostatniego ziemskiego spotkania, chora i przedwcześnie postarzała, lecz piękna i promienna, taka, jaką pamiętałem jeszcze z czasów naszego zakonspirowanego narzeczeństwa. – Nareszcie cię widzę. Bardzo długo czekałam na ciebie. Także Dominik długo cię poszukiwał. Jaka jestem szczęśliwa, że mogłeś tu przybyć.

Opowiedziała, że po naszym rozstaniu, gdy dowiedziała się o moim samobójstwie, stan jej zdrowia tak bardzo się pogorszył, iż po kilku tygodniach opuściła ziemski świat. Po tej stronie nie miała większych trudności. Była też niezmiernie zadowolona, gdy spotkała tu Dominika. Razem postanowili dopomóc mi, abym już później mógł sam sobie radzić. Tak Gizela, jak i Dominik zamieszkiwali nieco wyższą sferę, jednakże ze względu na mnie postanowili oboje zejść do sfery niższej, gdyż mój stan świadomości nie pozwalał na to, aby obecnie przemieścić się wyżej. Ta ich opieka była, jak się okazuje nieodzowna. Jakże często jeszcze popadałem w stany ostrych depresji psychicznych, rozpaczy i bólu, nawiązujących do mego samobójstwa. Wtedy to odnosiłem dziwne wrażenie, jakby moje martwe ciało przyciągało mnie tam, skąd mnie wyłowiono – do kanału portowego. Były to piekielne męki, a może to był czyściec? Po tych walkach bywałem tak wyczerpany, że nawet nie miałem sił uśmiechać się do Gizeli. W czasie tych ataków jedynym ratunkiem była dobroczynna postawa opiekującej się mną Gizeli. Czuwała przy mnie tak długo, aż minął kryzys, trzymając moją rękę. Wiem, że i ona razem ze mną cierpiała.

Pewnego pięknego poranka wybraliśmy się nad płynącą w pobliżu rzekę. Było tam wyjątkowo uroczo. Gdy jednakże spojrzałem w głęboką toń rzeki, doznałem silnego ataku mych przypadłości. Owo wspomnienie kazało mi myśleć o ostatnich niechlubnych, rozpaczliwych momentach mego ziemskiego życia. To z kolei nasunęło myśl moich przyjaciół, aby zorganizować jakąś dalszą wycieczkę, mającą na celu zupełne oderwanie mnie od przeszłości i wspomnień. Powiedzieli tylko, że muszą to uzgodnić z Anirem.

Na szczęście ataki były coraz rzadsze i krótsze, co na pewno zawdzięczam towarzystwu Gizeli i Dominika, a przede wszystkim rozmowom z nimi. Wiele się od nich dowiedziałem i nauczyłem, lecz ciągle jeszcze w porównaniu z nimi byłem w “przedszkolu”. Poradzili mi, abym przy okazji odwiedzin Anira zapytał go sam, co sądzi o mojej chorobie, o ile to tak można nazwać.

Tak też uczyniłem. Anir szczegółowo wyjaśnił mój stan. – Jesteś – powiedział – ciągle związany, niby jakąś delikatną nicią uczuciową z ciałem fizycznym, a dokładniej z ciałem eterycznym, będącym duplikatem ciała fizycznego. Ciało fizyczne nie odgrywa tu już żadnej roli, gdyż ulega rozpadowi. Tej wspomnianej wciąż łączącej cię uczuciowo z ciałem eterycznym nici, stworzonej przez samą naturę, nikt i nic nie jest w stanie zerwać. W określonym czasie zerwie się sama, gdy nadejdzie czas naturalnej śmierci. Ponieważ nie czekałeś na ten moment, uprzedzając swą naturalną śmierć, czyli postąpiłeś wbrew naturze, będziesz jeszcze przyciągany do odłożonego ciała i będziesz cierpiał z tego powodu aż do dnia, kiedy sądzone ci będzie umrzeć. Muszę też jeszcze powiedzieć, że i inne okoliczności odgrywają tu wielką rolę i wpływają łagodząco. Niedługo sam to zrozumiesz.

Anir uważał, że już dość wypocząłem i nabrałem sił, więc spytał, czy podjąłbym się jakiejś pracy. Ciągle miałem w pamięci mego pierwszego przewodnika po astralnych drogach i nieśmiało zapytałem, czy nie mógłbym pracować tam u niego, w owym olbrzymim szpitalu – sanatorium.

– Jest to bardzo ciężka praca, mój drogi – powiedział – i bardzo odpowiedzialna, gdyż ma się tam do czynienia z ludźmi stawiającymi pierwsze kroki. Mógłbyś jednak spróbować. Będziesz początkującym pomocnikiem przy lżejszych pracach.

Byłem uszczęśliwiony i pewny, że przydam się tam wszystkim nieszczęśliwcom. – Zanim jednak obejmiesz swoje obowiązki, musisz wykonać jeszcze jedną pracę. Pracę nad samym sobą – powiedział, spojrzał na mnie serdecznie, acz przenikliwie. – Opiszesz całą historię swego życia. Taki szczegółowy pamiętnik. Jest to najlepszym sposobem do wyciągnięcia wniosków z tego, co się przeżyło i zrozumienia przyczyny zaistniałych wypadków. Wszystkie doświadczenia muszą być dokładnie przeanalizowane, zbadane i muszą być wyciągnięte z nich właściwe wnioski. Napisz to wszystko szczerze i otwarcie, będzie to wartościowy reportaż jednego życia i być może przyda się on nie tylko tobie, ale i innym. – Jak to, inni mają się zaznajomić z tajnikami mego życia? – rzuciłem zdziwiony, nieco może zbyt porywczo.

– Drogi przyjacielu – odpowiedział łagodnie Anir – tutaj nie ma żadnych tajemnic, a poza tym trzeba zawsze tak żyć, aby nie musieć wstydzić się swych poczynań.

Byłem zaabsorbowany tą pracą pamiętnikarską, która wcale nie była łatwa. I nie dlatego było mi ciężko i trudno, że nie pamiętałem dobrze mego życia. Wręcz przeciwnie. Jak na dokumentalnym filmie, kolejno przesuwały się obrazy mego żywota z największą dokładnością. Z tym nie miałem żadnych kłopotów. Natomiast ciężko przychodziło mi opisywać wszystkie ciemne strony moich postępków, a i myśli także, a było ich bez liku. Czasami chciałem pominąć jakąś szczególnie ciemną kartę mego życia albo chociaż opisać ją skrótowo, pobieżnie, jednak czułem wtedy w sobie tak wielki niepokój, że natychmiast wyrwałem kartę z zeszytu i uspakajałem się dopiero wtedy, gdy napisałem rzeczywiście to, co dyktowało mi sumienie.

Niekiedy zjawiał się Anir i sprawdzał postępy mojej pracy. Czasami mnie chwalił. Zwrócił mi też uwagę, że nie wystarczy tylko sucho spisać swoje grzeszne życie, ale należałoby podkreślić i dokładnie sprecyzować, co według mojej obecnej świadomości uważałem za przewinienie. Pochwalił mnie też za to, że nie eksponowałem zbytnio w pamiętniku tych lepszych stron mego życia, zresztą było ich tak niewiele…. Bilans wypadał zawsze bardzo, bardzo niekorzystnie dla mnie. To był najprawdziwszy czyściec.

Przyjaciele, widząc mnie ciągle zapracowanego, roztaczali nade mną szczególną opiekę. W promieniach ich ciepła i życzliwości praca posuwała się naprzód, a mnie sił nie zbywało. Czasami starali się wyrwać mnie na jakiś spacer, sam jednak przypominałem, iż w domu czeka mnie jeszcze wiele pracy. Coś ciągnęło mnie do szybkiego ukończenia historii minionego ziemskiego życia. Gdy spisywałem ostatnie karty, kończąc tym samym ten, tak osobliwy protokół, czułem się, jakbym narodził się na nowo, jakbym się pozbył ogromnego balastu.

Z drżeniem serca oczekiwałem oceny Anira. Ten przejrzał notatki bardzo dokładnie, co znów ożywiło we mnie od nowa wszystkie wspomnienia i przeżycia. Po przeczytaniu całości, Anir powiedział z uznaniem: – Jestem z ciebie zadowolony. Wiem, że to nie było łatwe. Jednak była to konieczność dla twego dalszego rozwoju, dla twej dalszej pielgrzymki. Radość nas wszystkich jest ogromna.

Był to najpiękniejszy dzień w moim dotychczasowym astralnym życiu. Z wielką miłością, ufnością i jakże z lekkim sercem patrzyłem na trójkę drogich mi przyjaciół, gdy szczęśliwi siedzieliśmy w obszernej altanie naszego pięknego ogrodu, a z zewnątrz dochodziła delikatna woń kwiatów i śpiew ptactwa. – Słyszałem – przerwał Anir błogą ciszę – słyszałem o projekcie wycieczki w dalsze, piękniejsze okolice. Wiem, że macie już dokładny plan wyjazdu, pozostaje mi tylko życzyć wam przyjemnego wypoczynku i dobrej pogody. Szczególnie ty, wypocznij dobrze – zwrócił się bezpośrednio do mnie – bo czeka cię później nowa, ciężka praca. Musisz się już usamodzielnić.

Zadowolony z dobrze spełnionego obowiązku, pełen radości i nadziei szykowałem się do wyruszenia w drogę. Jak wspaniale było w towarzystwie przyjaciół zwiedzać nowe okolice i poznawać nowych, wartościowych ludzi. Wszyscy byli dla mnie tacy dobrzy, ale chyba i ja się bardzo zmieniłem. Zauważyłem, że moi nowi znajomi przewyższali mnie znacznie silą duchową, a także wiadomościami. To mnie zasmuciło. Podzieliłem się spostrzeżeniami z Gizelą i Dominikiem. – Dobrze, że to zauważyłeś – rzekł Dominik – przyjdzie czas, a doczekasz się tego momentu na pewno, że i twoje wiadomości będą szersze, a wibracje wyższe. Teraz zaś radziłbym ci porozmawiać z Anirem. Może pozwoli ci zapisać się do szkoły, do której, jak wiesz, ja uczęszczam. Tam studiuje się historię świata i zdobywa wiedzę o wielkich wydarzeniach wśród mieszkańców ziemi.

Podziękowałem mu za tę propozycję, ale po powrocie do domu z tak wspaniałej wycieczki, ciągle czułem się jakoś nieswojo. Czułem pustkę i jakby wstyd, że myślę tylko o przyjemnościach, gdy inni ciężko pracują. Zdecydowałem, iż bez chwili zwłoki podejmę pracę. Podziękowałem moim kochanym przyjaciołom za wszystko, co dla mnie uczynili. Gizela opuściła nasz domek i przeniosła się do swojego domu, w wyższej sferze. Dominik jeszcze przez pewien czas pozostawał w naszym domku, gdyż musiał chodzić do szkoły i ukończyć studia. A mnie pchała jakaś wewnętrzna siła do Anira.

8. Spotkanie

Po dość długim, jak mi się wydawało, okresie przebywania z moimi starymi przyjaciółmi, w innych jednak, nowych warunkach, zaczynałem rozumieć wiele zależności. Moja świadomość zmieniła się i prawie czułem jak otwierały mi się oczy. Potrafiłem widzieć i rozumieć coraz więcej i lepiej. Przede wszystkim pojąłem sens ziemskiej nicości i przemijalności. O, ja – po stokroć głupiec. Za życia ziemskiego uganiałem się za majątkiem, fortuną, powodzeniem i płytkimi przyjemnościami, które nie tylko niczego nie dały memu duchowi, ale jeszcze wręcz zabrały i te resztki mojej, jakby lepszej natury. Takim to filozoficznym rozmyślaniom oddałem się, usiadłszy dla odpoczynku na olbrzymim głazie.

A potem szedłem szybko, prawie biegłem, tak bardzo spieszyłem się, by pomóc Anirowi w jego zakładzie leczniczym. Czułem, że chęć uczynienia czegoś dobrego aż mnie rozsadza. Jakbym chciał spłacić jakiś dług, jakieś zobowiązania.

Po jękach, płaczu i zaduchu zagęszczającym powietrze, zorientowałem się, że szpital Anira jest już blisko.

Anir od razu przekazał mnie do pomocy swemu zastępcy, od którego miałem pilnie uczyć się i u niego terminować. Praca była bardzo uciążliwa, a do moich zadań należało przyjmowanie z ziemi ludzi, którzy podobnie jak ja targnęli się na życie, zupełnie nie rozumiejąc, nic o nich nie wiedząc, straszliwych skutków swego czynu. Ale nie tylko tacy tam byli. Oddzielny oddział był dla ofiar zabójstw, a jeszcze inny, w nieco lepszych warunkach, dla tych, którzy ginęli śmiercią gwałtowną w wypadkach.

Zawsze ogarniał mnie ogromny ból i bezradność, gdy patrzyłem na rozpacz tych wszystkich nieszczęśliwców, którzy, po odzyskaniu w świecie astralnym pełnej świadomości, cierpieli męki i katusze, tak dobrze znane mi z własnego doświadczenia.

Czasami byłem bliski załamania się, lecz natychmiast, gdy zobaczyłem zapracowanego mego nauczyciela, zbierałem wszystkie siły, aby nieść pomoc tym biednym ludziom. Musiałem ich uspokajać i dodawać otuchy, co nawet, jak zauważyłem, lepiej mi się udawało, niż mojemu przewodnikowi. Mój bowiem stan świadomości i niższe wibracje, a także gęstsze ciało astralne, ułatwiały mi nawiązanie kontaktu z tymi ludźmi. Lepiej też rozumieli mnie, niż moich wspaniałych nauczycieli. Jeżeli jednak chodziło o cięższe przypadki i rzeczywiste aktywne leczenie, musiał mi w tym pomagać jeden lub drugi nauczyciel. Tu trzeba było mieć dużo odporności i sił, gdyż czasami dochodziło do prawdziwej walki z pacjentami, chcącymi koniecznie wracać na ziemię. Wyglądało to tak, jakby ona ich przyciągała. Ludzie ci potem ze zdumieniem stwierdzali, że zostali pokonani przez kogoś, kogo nawet zobaczyć dobrze nie byli w stanie. Nauczyciel mój, ze swym jasnym, promieniującym ciałem, był słabo dla nich widzialnym zjawiskiem, gdyż każde światło, każda jasność raziła ich oczy.

Czasami opuszczały mnie siły i najchętniej zrezygnowałbym ze swej funkcji, ale nie mogłem się przecież przyznać do słabości.

Największym przeżyciem było zawsze dla mnie to, gdy musiałem patrzeć na męki ludzi, znanych mi za ziemskiego życia. Oni mnie nie poznawali w tym ogromie cierpień. Kiedyś zjawił się dobrze znany mi Żyd – lichwiarz i paskarz, u którego i ja bywałem klientem. Zrozpaczeni dłużnicy, z których bezlitośnie zdzierał procenty i wyzyskiwał ich ponad miarę, dopuścili się samosądu. Innym razem poznałem księdza, którego zresztą dość lubiłem, gdyż często grałem z nim w karty. Został ofiarą młodego szlachcica, którego w ciągu jednej nocy dokumentnie ograł. Zrujnowany panicz nie wytrzymał nerwowo i strzałem z pistoletu pozbawił życia dobrodusznego kapłana. Ale to nie było jeszcze najgorsze.

Któregoś dnia przewodnik zawiadomił mnie, że udajemy się na ziemię, gdzie ktoś wzywa mnie i potrzebuje mej pomocy. Ochoczo zgodziłem się. Dla mnie to był jakiś alarm. Z szybkością błyskawicy dotarliśmy do celu. Była nim duża izba o bogatym kiedyś wystroju, obecnie jednak wszystko było tam zaniedbane i brudne. Ciężkie powietrze panowało wokół chorego. Chorym, a raczej chorą, była stara kobieta, już siwa, ale jeszcze z resztkami ongiś, jak można się było domyślać, kruczoczarnych włosów i śladami dawnej urody. Chora męczyła się w przedśmiertelnych kurczach i majakach, a wychudzone policzki płonęły w wysokiej gorączce. – Boże mój, przecież to Eleonora – wymknęło mi się z przerażeniem. I ona mnie poznała wewnętrznym jakimś rozpoznaniem, niż wzrokiem, gdyż oczy miała na wpół przymknięte. Ożywiła się nieco, przestała przeklinać złych ludzi i z całą siłą zawołała: – Rolandzie, ratuj mnie, ratuj. Gorączka mnie trawi, a tu nie ma nikogo, kto mógłby mi dać pić. Nie dawaj mi wody. Daj coś mocniejszego dla pokrzepienia. Ty musisz mi pomóc, ty, które tyle zawiniłeś w mym życiu.

Usiadłem u jej wezgłowia, potrącając po drodze liczne opróżnione butelki po alkoholu.

– Ona jest bardzo nieszczęśliwa – przemówił do mnie przewodnik – weź ją za rękę, a ujrzysz jak w lustrze, obrazy z jej antycznego życia. Obrazy z okresu po waszym rozstaniu się. Obrazy, które pozostawiły kształty w świecie astralnym. I tak najpierw zobaczyłem Eleonorę w towarzystwie kolejnych mężczyzn, ciągle atrakcyjną i kapryśną. Przesunęły się przede mną wszystkie libacje, orgie i zabawy, których centralną postacią była zawsze ona. Później kolejno sięgały dna upadku i rozpusty i niezliczonych wzniesień. Na zakończenie zaś absolutna samotność, nędza i prawie obłęd. Oglądanie tych obrazów było wielkim cierpieniem dla mnie, czułem się tak, jakbym rozdrapywał bolącą ranę. Musiałem jednak przez to przejść, musiałem w jej życiu zobaczyć również i ślady mojego działania, a przede wszystkim te nici, które mnie z nią łączyły: wspólną odpowiedzialność, wspólną zbrodnię. Zrobiło mi się jej serdecznie żal. Zapytałem opiekuna, czy mógłbym jej jakoś pomóc. – Musimy zaczekać. To już jest agonia – odrzekł – Zabierzemy ją do naszego szpitala i postaramy się jej ulżyć.

Gdy tak siedziałem koło niej, delikatnie odłożywszy jej suchą, spaloną gorączką rękę, zadawałem sobie pytanie, dlaczego kiedyś związałem się z tą kobietą. Z kobietą, która miała na mnie przemożny wpływ. Dlaczego wybrałem właśnie ją, a nie tę, którą naprawdę kochałem? Dlaczego nie byłem w stanie uwolnić się spod wpływów tak silnych, dlaczego realizowałem wszystkie jej niecne projekty i plany? Kto udzieli mi na to odpowiedzi? To jest zadziwiająca, tajemnicza zagadka życiowa. Kiedyż nastąpi jej rozwiązanie?

Eleonora tymczasem zaczęła kończyć swe ziemskie życie. W ostatnich chwilach przewodnik okazał się nieodzowny, pomagając jej uwolnić się od ciała fizycznego. Owinąłem ją w ochronny płaszcz, ale, i tu przewodnik miał rację, sam nie dałbym rady. Było to nadzwyczaj ciężkie brzemię. We dwójkę dobrnęliśmy jakoś z tym ciężarem do szpitala. Tam położyliśmy Eleonorę na łóżku. Gdy odzyskała świadomość, natychmiast mnie rozpoznała. Zaczęła od wymówek, że zbyt późno ją odszukałem i że się nią nie zająłem. Od ludzi dowiedziała się o mojej samobójczej śmierci. – Ale przecież to nie jest prawdą – powiedziała, patrząc na mnie z wyrzutem. – Ciągle mam pragnienie, a ty tu siedzisz koło mnie bezczynnie. Dlaczego nie postarasz się o jakieś dobre, mocne wino, które by mnie wzmocniło. Inaczej umrę z pragnienia.

– Nie, Eleonoro. Ty nie umrzesz, ty już nie żyjesz – wyprowadziłem ją z błędu. – Co za głupstwa opowiadasz – oburzyła się – przecież nic się nie zmieniło. Jest tylko tak jakoś bardzo ciemno. Zapal światło, bo nic nie widzę. Gdzieś się zapadam. No prędzej, prędzej.

Wszedł przewodnik i zrobił Eleonorze kilka masaży oczu. Otworzyła je, lecz nie była w stanie zobaczyć swego lekarza. Ze zdziwieniem rozejrzała się po sali. Zobaczyła wielu chorych i usłyszała ich jęki i płacz.

– Gdzie jestem? To nie jest moje mieszkanie. Dlaczego przywiozłeś mnie do tej jakiejś lecznicy?

Wyjaśniłem jej, że sama opuściła ziemię i przybyła do świata astralnego. Że na ziemi zostawiła martwe ciało, a jej chora dusza potrzebuje leczenia i dlatego właśnie tu jest.

Nie chciała w to uwierzyć, złorzeczyła mi, wymyślała dostając ataków furii i wściekłości. Przy każdym takim ataku nie byłem w stanie jej wiele pomóc, byłem jeszcze bardzo słaby, wzywałem więc na pomoc przewodnika lub jego zastępcę i dopiero oni potrafili przynieść jej ulgę, uspokoić ją. Ataki te były raz dłuższe, raz krótsze, zawsze jednak bardzo ją wyczerpywały. Trwało to przez wiele lat ziemskich, a jej świadomość nie mogła zrozumieć, iż nie żyje już na ziemi, lecz w innej sferze świata. Wyrywała się do tej swojej ziemi, do tego hulaszczego życia. Pragnęła go całą sobą. Tak ją to męczyło, że zawsze po atakach potrzebowała szybkiej pomocy lekarskiej. Aż kiedyś, gdy po zabiegu otworzyła oczy, ze zdziwieniem ujrzała mego opiekuna, a jej lekarza.

– Skąd się tu wziąłeś? – spytała zdziwiona – nigdy dotąd nie widziałam twojej jasnej postaci. Czy to ty będziesz sądzić moje życie ziemskie? pytała dalej przerażona, jednocześnie przymykając oczy, gdyż blask jego świetlanej postaci raził jej oczy.

– Nie, ja chciałem ci tylko pomóc i leczyć cię. Powinnaś już zacząć rozumieć, że musisz sama dla siebie być lekarzem. W dalszej drodze twoje przyszłe działania przyniosą odpowiednie skutki.

Eleonora nie bardzo pojmowała znaczenie tych mądrych słów, ale już normalniej spojrzała na mnie, jako że to ja wciąż się nią opiekowałem.

– Ona już dużo doświadczyła i wiele zrozumiała – powiedział mi potem przewodnik – Jej leczenie z najgorszego stanu dobiega końca. Teraz musi przenieść się do takiego miejsca pobytu, które sobie sama stworzyła w poprzednich życiach, a i również w tym ostatnim. Niewiele tu już mogę jej pomóc. Jednakże ty powinieneś towarzyszyć jej w tej wędrówce tak długo, jak tylko będziesz w stanie. Ona potrzebuje jeszcze twojej pomocy. – Gdzie mam ją zaprowadzić? – zapytałem. – Ona sama będzie wyznaczać drogę, ty zaś idź z nią jak najdalej będziesz mógł.

Ku mojemu zadowoleniu, Eleonora bez oporów i sprzeciwu zgodziła się opuścić szpital – sanatorium. Mówiła, że nawet chętnie pójdzie, gdyż ten świetlany opiekun peszy ją i nie czuje się swobodnie w jego obecności. Mnie też nie poskąpiła epitetu świętoszka, ale zażądała wręcz, abym jej towarzyszył w drodze do jej domu.

A droga ta nie była łatwa. Ze stromej góry prowadziła urwiskami w dół, kamienie osypywały się spod nóg i często potykałem się. Z podziwem jednak patrzyłem na Eleonorę, jak szła zwinnie i szybko, jakby ją kto wołał niecierpliwie czekając na nią. Wreszcie zatrzymała się przed wejściem do jakiejś bardzo głębokiej, jakby bez dna i wąskiej pieczary.

– Weźmy się za ręce – powiedziała – odbijemy się od brzegu i razem skoczymy. Tak będzie najlepiej. Chodź szybko, od tego tutaj światła bolą mnie oczy. Tam nareszcie odpocznę.

– Nie, Eleonoro, ja tam z tobą nie pójdę – powiedziałem przejęty. – Boisz się? Ja ci każę, abyś tam poszedł ze mną – powiedziała władczym tonem – jak to bywało kiedyś, za życia ziemskiego.

Lecz ja wyszarpnąłem rękę z jej uścisku i ledwie zdążyłem zobaczyć, jak rzucającą się z szyderczym słowem na ustach Eleonorę pochłonęła przepastna ciemność.

Ze wszystkich niesamowitych przeżyć, jakich doświadczyłem w świecie astralnym, to ostatnie było najokropniejsze. A było tym tragiczniejsze, że nie mogłem w niczym jej pomóc, choć bardzo tego pragnąłem. Byłem bezsilny i nie widziałem żadnego ratunku. Już zrozumiałem, że tylko ona sama musi przejść przez piekło, do którego tak bardzo spieszyła się i że tylko ona sama musi z niego powoli się uwalniać. Jednak odruchowo skierowałem wzrok ku górze i całym sercem prosiłem Boga, aby zlitował się nad tą nieszczęsną, aby pomógł jej w tej astralnej pielgrzymce. Była to moja pierwsza modlitwa za Eleonorę, a miała być jeszcze nie jedna w jej intencji. Zasmucony, lecz także trochę pokrzepiony modlitwą, zacząłem myśleć z radością o powrocie i mojej pracy w szpitalu.

9. Studia

Szybko wspinałem się pod górę, prawie biegłem, jakbym poruszał się na skrzydłach, tak bardzo już chciałem być w swoim szpitalu, w swoim domu. Niedługo jednak tam pracowałem. Anir przysłał przez posłańca wiadomość, że moja praktyka w szpitalu dobiegła końca. Czeka mnie teraz okres studiów, na które swego czasu tak bardzo chciałem się dostać, nie tylko zresztą z tego powodu, że studiował tam również mój przyjaciel Dominik.

Po serdecznym pożegnaniu się z moim opiekunem wyruszyłem w drogę po nauki. A były one dla mnie niezmiernie ważne. Bez odbycia studiów i zdobycia dzięki nim niezbędnej wiedzy, nie miałbym możliwości wewnętrznego rozwoju ani też wejścia do wyższych astralnych sfer. Wielką pomocą służył mi niezastąpiony Dominik, zawsze śpieszący wyjaśnić mi, często dla mnie jeszcze niezrozumiale, wykłady i problemy. Jednakże nierzadko musiałem też sam dobrze się nagłowić, gdyż specjalizacją Dominika była filozofia, ja natomiast zdobywałem wiedzę ogólną i historię.

Cały wolny czas od nauki, zwłaszcza zaś ferie, spędzaliśmy wspólnie z Gizelą, która zapraszała nas do swego domu. Mieszkała razem z kilkoma przyjaciółmi, poznanymi jeszcze na długo przed jej wcześniejszymi etapami rozwojowymi.

Wszystko bardzo mi się tu podobało. Domki i poszczególne mieszkania urządzone były z najwyższym smakiem i funkcjonalnie, miały też piękne otoczenie. Wszędzie było widać dużo zadbanych ogrodów, a nawet starych parków. W perspektywie urocze jezioro z brzegami porośniętymi krzewami. Przyjaciele Gizeli byli dla mnie bardzo serdeczni. Czasami zastanawiałem się, czy ja na to wszystko zasłużyłem. Gizelą i jej najbliżsi przyjaciele zajmowali się muzyką, malarstwem i poezją, ale przede wszystkim najważniejszym ich zadaniem było wyszukiwanie na ziemi dojrzałych do odrodzenia dusz i praca nad ratowaniem ich z błędnego koła dialektyki.

Największym szczęściem w tym okresie była dla mnie możliwość brania udziału wraz z Gizelą i Dominikiem w uroczystościach religijnych odbywających się w jeszcze wyższych sferach. Tego, co tam przeżywałem, wprost trudno jest mi opisać w języku zrozumiałym dla mieszkańców Ziemi. Wygłaszano tam najróżniejsze odczyty i pouczające prelekcje. Jednak nie miały one nic z nużących, monotonnych, czy też groźnie grzmiących kazań znanych nam z ambon kościelnych różnych wyznań. Wszystkie wypowiedzi jakże gładko wchodziły do serca, a ich pokrzepiająca treść starczała mi na bardzo długo. Uroczystościom tym towarzyszyła piękna muzyka i śpiewy. Zauważyłem jednak, iż pod koniec takiego święta, podczas gdy Gizela była ciągle świeża i pogodna, ja czułem się ociężały i zmęczony, a nade wszystko bolały oczy; ta jasność wyższej sfery, to światło tej sfery nie było dla mnie, po prostu mnie oślepiało i chętnie wracałem do swej sfery niższej i do nauki. I tutaj mimo woli, nasunęła mi się myśl o Eleonorze, którą męczyło nawet to dość słabe światło, otaczające nas podczas minionej wędrówki. Ona dążyła całą mocą swej istoty do ciemności, która bardziej wówczas jej odpowiadała. Jednak światło i ciemność to bardzo relatywne pojęcia.

Rozbudzona myśl o Eleonorze nie dawała mi spokoju. Kiedyś wspomniałem o tym Dominikowi, lecz on, jak już kiedyś, tak i teraz, powiedział mi: – Mój drogi. Na wszystko przyjdzie czas. Trzeba mieć nadzieję. Od chwili twojego przybycia tutaj minęło wiele lat ziemskich. Eleonora musi jednak jeszcze wiele wycierpieć i sama wiele zrozumieć.

Widocznie jednak wyczytał w moich myślach troskę o Eleonorę mój dobry, kochany Anir. Czasami nas odwiedzał, aby sprawdzić postępy w nauce. Sam też rozpoczął rozmowę o Eleonorze. Gdy dowiedziałem się, że jest w bardzo ciężkich warunkach i ciągle niewymownie cierpi, zasmucony tą wiadomością, zapytałem, czy nie mógłbym jej jakoś dopomóc. Tym bardziej też bolało mnie to, że sam miałem się tak dobrze. Anir wyjaśnił, że chociaż teraźniejsze doświadczenia na pewno wpłynęły na nią pouczająco, to jeszcze nadal jest dość harda i musi najpierw sama, bez niczyjej pomocy, przełamać się, usiłować zrozumieć swoje byłe złe postępowanie i zmienić swą świadomość. Na pewno łatwo jej to nie przyjdzie przy jej charakterze. – Kiedyś przyjdzie czas – mówił Anir – że ty będziesz mógł, ba, mało mógł, że będziesz musiał jej pomóc.

Takie oświadczenie Anira nieco mnie zdziwiło, jednak miałem usłyszeć jeszcze twardsze słowa: – Uważasz się sam za mniej winnego od tej nieszczęśliwej, ale wiedz o tym, że oboje należycie do siebie. Ty wobec niej masz zobowiązania i musisz je wypełnić, a jakie zobowiązania, tego dowiesz się w swoim czasie. I to wtedy, kiedy będziesz się tego najmniej spodziewał.

Nie zadowoliła mnie ta tajemnicza odpowiedź, a wręcz zaciążyła mi na sercu. Nie miałem jednak odwagi dalej pytać Anira. Miałem zresztą do niego bezgraniczne zaufanie. Przy pożegnaniu Anir dodał jeszcze, że również Dominik musi być przygotowany do udzielenia pomocy Eleonorze, z którą ma się zobaczyć jeszcze przede mną.

Myśl o Eleonorze kładła cień na moje, raczej ustabilizowane życie. Znów jednak oddałem się studiom i nauce. Nie mogę powiedzieć, żeby studia szły mi całkiem gładko i bez trudu. Czasami miewałem spore problemy. Ot, chociażby ten.

Na podstawie notatek z wykładów nauczyciel polecił mi napisać obszerne wypracowanie, rodzaj rozprawy na temat kultury starego Egiptu za czasów Hermesa. Lecz moje notatki były dość chaotyczne. Dominik nie chodził na te wykłady, więc byłem zdany na siebie. Temat był niezwykle zajmujący i chciałem z tego zadania wywiązać się jak najlepiej.

Kiedy obarczony takimi problemami intensywnie myślałem, szukając wyjścia z ciężkiej sytuacji, nagle zjawiła się przede mną bezszelestnie smukła postać kobieca w promieniście biało-złotej szacie. Na głowie miała zasłonę, więc nie widziałem jej twarzy. Zdziwiony niezmiernie tym cudownym zjawiskiem, zaniemówiłem. Jak ona się tu dostała do mego pokoju? I po co przyszła? Gdyby to był ziemski świat, powiedziałbym, że wydarzył się cud. Ale chyba w tym świecie cuda nie istnieją?

Nieznajoma zsunęła zasłonę z twarzy i oto stała przede mną południowa piękność o ciemnej karnacji, ogromnych czarnych oczach i czarnych włosach, rysy twarzy zaś miała subtelne i szlachetne, jakby była córką faraona egipskiego. – Witam cię, Rolandzie – rzekła głosem pełnym słodyczy – wiem, że mnie nie poznajesz, chociaż bardzo dobrze mnie znasz.

– Widzę tylko – odrzekłem – że jesteś piękna i czarująca. Domyślam się też, że przyszłaś z wyższych sfer. Widać to po twojej jaśniejącej postaci.

Uśmiechnęła się tajemniczo i nasunęła na siebie zasłonę. Gdy po chwili zrzuciła ją, stała przede mną stara kobieta o zniszczonej twarzy. Tylko oczy były te same – przyjazne i ciepłe. Natychmiast poznałem w niej kochaną, oddaną mi na ziemi Martę. Co za metamorfoza.

– Wyjaśnij mi proszę, co ma znaczyć ta przemiana i w ogóle twoja wizyta u mnie. Jakoś nawet wcale nie myślałem o tobie – rzekłem.

– Tak, jestem Martą. Tą, która cię wychowała, gdy matka twoja cię osierociła jako małe dziecko. Jestem tą, która kochała cię miłością matczyną i śledziła każdy twój krok tam na Ziemi. Ale nie tylko tam. Również i tutaj. I dlatego stoję teraz przed tobą.

Chciałem jej odpowiedzieć, że przecież nie wzywałem jej, ale dała mi znak ręką, że jeszcze nie skończyła.

– Jest tak, Rolandzie, jak słusznie sam zauważyłeś. Jestem mieszkanką wyższej sfery astralnej, jednakże jest jeszcze nieskończenie długa moja droga do doskonałości. W sytuacji, w której od dawna znajduje się moja stara dusza, nie miałam już potrzeby więcej wracać na ziemię. Jednakże nie mogę pogodzić się z tym, że ludzie, tam na Ziemi, pozostają bez pomocy duchowej, zaślepieni w dialektycznej niewiedzy. Oni potrzebują pomocy. Dlatego chyba jeszcze nie raz dobrowolnie wezmę na siebie trud życia ziemskiego. Okres, w którym ty mnie znałeś, był moją ostatnią przymusową inkarnacją, moją ostatnią ciężką próbą na drodze ku wolności. Aby odbyć pokutę za grzechy i przewinienia wobec boskiego planu moich poprzednich wcieleń, dobrowolnie wybrałam sobie ciężki kawałek chleba, zawód służącej. Zanim dostałam się do waszego domu, żywot mój był nie do pozazdroszczenia. Często mną poniewierano, wyrzucana, czasami bez powodu, a dla kaprysu chlebodawcy, o głodzie i chłodzie musiałam szukać nowej pracy. Ciebie, jako małe dziecko szczególnie pokochałam. Z tobą przeżywałam wszystkie ziemskie troski i radości i nie wyobrażasz sobie, jak bardzo się cieszę, że moje modlitwy i prośby poskutkowały, że widzę cię właśnie tutaj, z jakże inną świadomością, niż ta, którą miałeś kiedyś.

Gdy Marta skończyła opowiadać o sobie, założyła na chwilę zasłonę i znów przeobraziła się w młodą dziewczynę.

– A teraz do rzeczy, bo czasu nie mam zbyt wiele. Wiem, co chciałeś przedtem powiedzieć. Przecież nie wzywałeś mnie. Tak. To prawda. Prawdą jednak jest też i to, że masz trudności z napisaniem traktatu o starożytnym Egipcie. Ja żyłam w Egipcie w okresie Hermesa i mogę ci być pomocną przy opracowaniu tego tematu. Znam owe czasy doskonale, byłam wówczas na dworze egipskiego władcy.

Zaszokowany jej oświadczeniem, chciałem zadać Marcie wiele różnych pytań, lecz ona jakby nie zwracając na mnie uwagi, zupełnie jakby żyła tamtym życiem, zaczęła opowiadać. Barwnie rozwijała historię swego kraju i panujących stosunków na dworze królewskim. I chociaż sprawiało mi wielką przyjemność patrzenie na nią, musiałem szybko notować najważniejsze fakty, aby niczego nie uronić z jej relacji. Gdy skończyła, objęła mnie serdecznie i znikła równie tajemniczo, jak się pojawiła.

Oszołomiony tym zajściem, powoli zacząłem zdawać sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znalazłem. Wiedziałem już teraz o tym, że referat będzie znakomity. Ale co powiem nauczycielowi? Przecież są tam takie szczegóły, jakich zupełnie nie zawierały jego wykłady. W tejże samej chwili jednak skarciłem sam siebie. Przecież powinienem już wiedzieć, że nie ma tu miejsca na fałsz i kłamstwo. Powiem jak było.

Wykładowca był zachwycony traktatem, przyznał też, że z zaciekawieniem sam zapoznał się ze szczegółami, których dotąd nie znał. Nie ukrywał też swego zdziwienia co do źródła tych przekazów. Gdy opowiedziałem mu o całym wydarzeniu, powiedział:

– Masz szczęście. Znajdujesz się pod opieką wspaniałych pomocników i przyjaciół. Pamiętaj jednak, abyś ich nie zawiódł swoim postępowaniem. Byłem naprawdę bardzo szczęśliwy.

10. Na ratunek

Jednak nie była to jeszcze pełnia szczęścia. Czułem wewnętrznie, iż czeka mnie jeszcze bardzo poważna misja do spełnienia. Poważna i smutna. Sam tylko przed sobą przyznawałem się do tego, że napawała mnie strachem i stanowiła wielką niewiadomą. Myślę tu o słowach Anira: “Przyjdzie czas, że będziesz musiał podać pomocną dłoń Eleonorze”.

I czas ten nadszedł, jak mi się zdawało, nadspodziewanie szybko, chociaż zdawałem sobie sprawę z innego wymiaru czasu w świecie astralnym.

Muszę jednak przyznać, że ciągle jeszcze w zakresie rozwoju duchowego mogłem przyrównać się do dziecka z ochronki, tak dużo wykazywałem braków w wiedzy i nieudolności w działaniu. Bałem się spotkania z Eleonorą, bałem się tych potwornych ciemności, na które ona była skazana, a ściślej mówiąc, które sobie sama wybrała. Polecenie jednak Anira było bezdyskusyjne. Ucieszyłem się bardzo na wiadomość, iż będzie mi towarzyszył Dominik. Zawsze się czułem dobrze w jego obecności, a cóż dopiero będąc w takiej sytuacji.

Anir nie taił przed nami, że musimy być przygotowani na oglądanie różnych okropnych scen. Przed wejściem do lochu wziął nas za ręce i opuściliśmy się powoli w dół. Było tak ciemno, że w ponurych korytarzach nic byśmy nie widzieli, gdyby nie jasność bijąca z postaci Anira. Co chwilę trzeba było obchodzić jakieś cuchnące bagna czy stawy, ze stropów korytarzy wolno sączyła się woda, a kolejno mijane groty przepełnione były postaciami na kształt łachmanów ludzkich. Tu i tam słychać było lament, szloch i przekleństwa.

Dziwną w tym otoczeniu wydawała się, z głębi wychodząca, postać jaśniejąca blaskiem. Anir wyjaśnił, że ta daleko w rozwoju posunięta istota, jest jednym z opiekunów tych nieszczęśników. Świetlane te istoty poświęcają się dobrowolnie odpowiedzialnej pracy, pracy niezwykle ofiarnej z grzesznikami, gotowi zawsze do niesienia im pomocy w przypadku, gdyby ci mieli trudności w rozrachunkach z samym sobą. Doprawdy, tylko wielka miłość do bliźniego i całej ludzkości i pełne zrozumienie sensu odrodzenia duchowego może skłonić kogoś do pracy w takich warunkach.

Gdy doszliśmy do pomieszczenia, w którym przebywała Eleonora, Anir z Dominikiem weszli do środka, ja zaś pozostałem, czekając na znak, po którym wolno było mi wejść także. Byłem pełen napięcia i niepewności, a przez lekko uchylone drzwi słyszałem treść rozmowy.

Eleonora nie była zbyt zadowolona z pojawienia się Anira. Zarzucała mu wręcz, że narzuca się jej i niepokoi ją, a przecież nie potrafi uwolnić jej z tych nieludzkich mąk.

I po raz drugi w tym świecie usłyszałem znamienne słowa Anira. Pierwszym razem, dość dawno już, odnosiły się do mnie, teraz zaś do Eleonory:

– Wyprowadzenia z tych lochów nie dokona nikt za ciebie. Sama musisz rozpoznać wszystkie swoje grzechy, wyrazić żal, skruchę i chęć poprawy.

Na te słowa ze zniecierpliwieniem oskarżyła siebie o zabójstwo ojca, zagarnięcie jego majątku, doprowadzenie swego męża do samobójczej śmierci, będącej następstwem hazardu i ruiny majątkowej, czego w większej części była przyczyną, przyznała. Anir ciągle patrzył na nią, jakby z wyczekiwaniem. – To jeszcze nie dosyć? Czego chcesz ode mnie więcej? – Żal mi ciebie. Ukrywasz jednak coś, co bardzo obciąża twoje sumienie. Zrozum, że gdy nie otworzysz swego serca do dna, nie zrzucisz wszystkich ciężarów ze swego sumienia, promienie boskiego światła nie będą miały dostępu do twego serca i nie będą mogły rozpalić iskry, która cię wyzwoli z ciemności.

Eleonora ważyła coś w swym wnętrzu, nie potrafiła się jednak przełamać. Wówczas Dominik, który dotąd był niemym świadkiem tej sceny, lekko popchnięty przez Anira zbliżył się do kamiennego łoża Eleonory. Ta wydała okrzyk zgrozy i skuliła się w sobie. Dominik z największą łagodnością czynił próby porozumienia się z nią. Prosił, aby szczerze opowiedziała Anirowi wszystkie swoje przewinienia bez wybiegów i usprawiedliwień. Ze strachem spoglądała na swego brata, ciągle ukrywając na dnie serca ciężar zbrodni bratobójstwa. Bojąc się, aby nie poznali jej rozdrażnienia, odwróciła się do nich plecami, dając do zrozumienia, że więcej nic nie ma do powiedzenia.

Dominik był smutny i zrezygnowany. Obaj wyszli z groty i Anir zwrócił się do mnie tymi słowami:

– Nasza rola chwilowo skończona. Niewiele zdziałaliśmy, chociaż zapewne jakiejś ulgi doznała. Reszta należy do ciebie. My wracamy. Gdy będziesz czegoś od nas potrzebował, wezwij nas, a zjawimy się, by ci pomóc w tej ciężkiej misji. Bądź cierpliwy i wyrozumiały i nie wymuszaj na niej niczego. Musi sama z wewnętrznej potrzeby wyznać szczerze i ze skruchą swoje przewinienia. Wierzę, że Bóg ci pomoże. Pożegnali się ze mną. Tak rozpocząłem ten niezwykły dyżur.

Mój Boże, jak nędznie wyglądała ta, która za życia na Ziemi bez trudu przeprowadzała swą wolę i urzekała ludzi czarem i pięknością. Teraz zaś leżała w łachmanach, zanosząc się płaczem. Tak bardzo, tak bardzo chciałem jej pomóc, jednak byłem bezsilny. Pomodliłem się, aby Bóg zechciał dać jej siłę potrzebną dla poznania samej siebie i wyznania grzechów, a potem wyrażenia szczerej skruchy. Eleonora zapadła w niespokojny sen, a mnie otoczyła ciemność, jęki i lamenty dochodzące z różnych stron.

Nawet nie bardzo zdziwiła się, gdy po przebudzeniu zobaczyła mnie, siedzącego na kamieniu spełniającym rolę krzesła. Zachowała się tak, jakby uważała, że wyprowadzenie jej z tego lochu należy do moich obowiązków. – Wiem, że chcesz mnie stąd wyprowadzić, tylko obawiam się, że o własnych siłach nie potrafię nawet stanąć. Nogi mam ciężkie, jakby były z ołowiu. Ty jednak na pewno mnie udźwigniesz.

– Eleonoro, niestety nikt nie jest w stanie ciebie dźwignąć. Musisz zrozumieć, że wstaniesz sama i to zupełnie lekko, jeżeli zrzucisz ciężar przygniatający twoje sumienie.

– Tak, zaczynam powoli to rozumieć. Nie mogę tylko pojąć, dlaczego jakiemuś tam Anirowi muszę wszystko, bez ogródek, wyznawać. I tak już prawie wszystko mu powiedziałam, a on dalej nie był zadowolony.

– Trzeba wszystko, do dna z siebie zrzucić. Nie wiem, czy pamiętasz Psalm Dawida, zaczynający się słowami: “Kiedy chciałem coś przemilczeć, uschła mi noga”.

– Rolandzie, czy wiesz kto tu był? Mój brat Dominik. Starałam się nie patrzeć mu w oczy, chociaż bardzo łagodnie i spokojnie do mnie przemawiał. Przecież to nie była tylko moja wina. Mój był jedynie pomysł i projekt. Ty przecież nie musiałeś go zrealizować. Słyszysz? To była twoja realizacja i dlatego wyłącznie twoja wina. Ale, czy on nam to kiedyś przebaczy? Zwłaszcza zaś tobie? Bo twój udział w tej zbrodni był przecież większy.

– Dominik, twój brat, dawno już mi to przebaczył. Jesteśmy teraz najlepszymi przyjaciółmi. Mogę ci powiedzieć jeszcze i to, że właśnie on bardzo mi pomaga w rozwoju duchowym.

– Nie rozumiem, co mówisz o jakimś tam rozwoju duchowym, ciekawa jestem jednak, czy i mnie też przebaczyłby, gdyby się dowiedział o mojej roli w tym wypadku.

– Moja droga, on wszystko wie i niczego bardziej nie pragnie, aniżeli tego, by móc i tobie przebaczyć.

Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

– Dominik pragnie tego, abyś przyznała się do swych występków szczerze. Wtedy będziesz mogła opuścić te lochy i wyjść z ciemności, aby razem z nami radować się światłem.

– To, o czym mówisz, jest nie dla mnie. Ja już nie mam nadziei. – Nie wolno ci tak mówić, Eleonoro. Wiem, że i w twoim sercu zatli się uśpiona iskierka i zakwitnie płomieniem wolności. A wtedy radość stanie się i twoim udziałem.

– Skąd ty to wszystko wiesz?

– Posłuchaj mnie uważnie. Odnosi się to do każdej bez wyjątku grzesznej duszy. Bóg jest bardzo dobry i bezmiernie cierpliwy. Człowiek przez swoją niewiedzę oddala się od Niego i błądzi, ale Bóg daje każdemu szansę powrotu do Siebie. Trzeba tylko chcieć nad tym pracować i zabiegać o to. – Dlaczego tak dziwnie do mnie mówisz? Nigdy tak nie przemawiałeś w czasie naszego ziemskiego życia.

– Nie mówiłem tak, bo sam błądziłem. Oboje błądziliśmy, oboje byliśmy ludźmi niewiedzącymi, ślepymi i głuchymi na odwieczne prawdy. Dopiero tutaj otworzyły mi się oczy. Dopiero tutaj wiele się nauczyłem. Również przed tobą wiedza ta stoi otworem.

– Nie wierzę w takiego dobrego Boga. Gdyby był dobry, to nie pozwoliłby na te nie kończące się moje cierpienia.

– Gdyby nie było tych cierpień i doświadczeń, nie dowiedziałabyś się nigdy o tym, że w twoim sercu, jak zresztą w sercu każdego człowieka, znajduje się iskierka boska, reszta boskości, którą należy pobudzić do życia, do tego powinien dążyć każdy człowiek. Ty zaś chciałaś tę iskierkę stłumić, zdusić. Wierzę jednak, że teraz tego nie uczynisz, wiedząc, że iskra ta pragnie żyć i rozwinąć się w potężny płomień.

Eleonora nic nie odpowiedziała, mimo to czułem, że jednak coś przemówiło do jej sumienia, gdyż nie wymyślała mi, lecz spokojnie położyła się, przykryła jakimś łachmanem i zamknęła oczy. Leżała teraz zupełnie nieruchomo.

Chociaż zostałem znów sam w tych ciemnościach, w zgniłym i stęchłym powietrzu, prawie nie odczuwałem przykrości. Oświecał mnie promyk nadziei, iż zdołam coś uczynić dla tej kobiety, dla tej biednej nieszczęśliwej duszy.

Układałem w myślach plan dalszego postępowania z Eleonorą po jej przebudzeniu się, gdyż sądziłem, że zapadła w spokojny sen.

Teraz winien jestem opisać zdarzenie, które, gdybym był na Ziemi, nazwałbym cudem czy jakimś nadzwyczajnym widzeniem.

Stało się tak, jak gdyby zniknął strop groty, a w miejscu tym ukazał się cały szereg obrazów, panorama z różnych scen z życia i to w naturalnych kolorach i naturalnej wielkości.

Najpierw słychać było muzykę i śpiew pięknie ubranych Cyganów. Było to cygańskie wesele. Zapadał gorący i duszny letni wieczór. Półnagie, rozbrykane i hałaśliwe cygańskie dzieci kładły się do snu w namiotach nie opodal rozbitego obozu. Młodsi rozpalili ognisko, które zwabiło sporo ludzi z pobliskiego miasteczka. Na środku polany przy dźwiękach tamburyn i innych nie znanych mi instrumentów tańczyła piękna Cyganka. Ze stroju wyróżniającego się bogactwem ozdób, domyśliłem się, że była to panna młoda. Obok mnie stał przystojny Cygan, wpatrzony z upojeniem w tańczącą. Jej krucze włosy na przemian z kolorowymi wstążkami w nich upiętymi, podskakiwały rytmicznie w takt nastrojowej muzyki. To chyba była właśnie jego narzeczona, a może nawet już żona. Burza oklasków nagrodziła śliczną tancerkę. Wśród tłumu ujrzałem młodzieńca, również urzeczonego uroczą Cyganką i jej tańcem. Młodzieniec ten miał wygląd arystokraty i bogacza. Wyjął jakiś cenny drobiazg z kieszeni i wręczył go tańczącej Cygance. Obrazy zmieniają się szybko, jak w kalejdoskopie. Nagle wielkie zamieszanie przy ognisku. Krzyki i bieganina. Dalej widzę czarnego, chyżego konia, a na jego grzbiecie młodego człowieka z porwaną Cyganką. Koń ucieka w szalonym tempie, gdyż w obozie już zorganizowano pościg. Kilku Cyganów na koniach pędziło za uciekającym. W niewielkiej odległości widzę warowny zamek otoczony fosą. Tam to zdąża szlachcic ze swą branką. Koń z pianą na pysku pędzi jak szalony, wciąż popędzany przez swego pana. Już, już przekraczają zwodzony most na fosie, gdy wtem koń, z nadmiernego wysiłku pada, prawie u bram zamczyska, a pogoń jest tuż, tuż… Młodzieniec bez namysłu bierze na ręce swą zdobycz, otwierają się ciężkie wierzeje, a po wkroczeniu rycerza, natychmiast zatrzaskują się. Ścigający Cyganie na małych, choć rączych konikach, nie zdołali dogonić uciekinierów. Z rozpaczą wycofują się, poprzysięgając zemstę. Dalsze obrazy, to codzienne i odświętne życie na zamku. Rozpusta i szaleństwa przeplatają się ze scenami wyzysku i krzywd wyrządzanych służbie i okolicznej biedocie. Twarde serce musi mieć pan tego grodziska. A co z Cyganką? Jest ośrodkiem zainteresowania szlachcica i jego licznych gości, aż do czasu, gdy młody pan, znudzony jej wdziękami, wypędza biedną z domu. Widzę, jak przez skutą lodem fosę, w mróz i śnieg wychodzi samotna Cyganka, a w kraciastej chuście, poza lichym tobołkiem, przyciska do siebie płaczące niemowlę.

Tego było już nazbyt wiele, jak na mój stan psychiczny. Tym bardziej, że nie byłem w stanie oglądać tego wszystkiego bez emocji, bez wewnętrznego przeżywania, niby czytelnik, czytający książkę o fascynujących ludzkich losach. Nie mogłem patrzeć na to obojętnie. W postaciach tych rozpoznałem bowiem siebie i moją żonę, Eleonorę.

Byłem wstrząśnięty podłością i okrucieństwem wobec niej. To ja właśnie wyrwałem ją ze środowiska najbliższych jej osób i współziomków. A tam przecież było jej miejsce. Tam mogłaby być szczęśliwa i dobra. To moja wina. To ja zaszczepiłem Eleonorze jad goryczy i zemsty. To ja doprowadziłem nas oboje do ruiny w życiu ziemskim. Ja sprawiłem to, że ona, biedna, musi teraz przechodzić takie męczarnie. Czy zdoła mi to wszystko wybaczyć?

Z niepokojem spojrzałem na Eleonorę, która jakby zbudziła się z jakiegoś transu. Padłem przed nią na kolana, prosząc o wybaczenie. – To ja jestem powodem twojej tragedii, ja się przyczyniłem do tego, że tu jesteś, że tak strasznie cierpisz.

Gdy zdumiona spojrzała na mnie, opowiedziałem jej ze szczegółami o tym, co widziałem.

– Tak. Wiem teraz również i ja, że to byliśmy właśnie my. I wiele pojęłam. Wiem już, dlaczego ciągle miałam w sobie jakiś ukryty żal i gorycz do ciebie, a mój władczy stosunek w ostatnim wcieleniu ziemskim miał być swego rodzaju zemstą. Moja wina jest ogromna. Cała twoja tragedia życiowa, twoja śmierć samobójcza, były wynikiem mego podłego, nikczemnego postępowania. – Rolandzie – powiedziała po chwili milczenia, tak serdecznie i łagodnie, jak nigdy przedtem – oboje zawiniliśmy, moja wina jednak jest większa. Ty już potrafiłeś zmienić się i wydostać w górę z bagna poniżenia. Lecz ja nie dokonałam jeszcze tego. Proszę cię, pomóż mi, bo tylko ty możesz mi pomóc – płakała gorzko, błagalnie patrząc mi w oczy.

– Ale nie tylko w stosunku do ciebie postępowałam podle. Wyrządziłam wielką krzywdę memu bratu. Gdybym go mogła jeszcze zobaczyć i wybłagać jego przebaczenie….

Jakże byłem szczęśliwy, że mogłem jej w tym pomóc, że mogłem spełnić jej życzenie. Anir i Dominik przybyli niezwłocznie na moje wezwanie, równie jak ja szczęśliwi.

Wzruszające pojednanie siostry i brata stanowiło kres pobytu Eleonory w krainie ciemności. Anir osłonił ją swoim płaszczem i razem wydostaliśmy się z lochów ku promieniom słońca, ku radości życia. A radość rozbrzmiewała zewsząd, gdyż był ku temu powód: oto znów jedna dusza wyzwoliła się z pęt niewoli. Oto znów jedna istota podjęła wysiłek dalszej pracy nad swoim duchowym rozwojem.

11. Wyższa sfera

Gdybym chciał teraz opisać szczegółowo okres w moim astralnym życiu, który dla mnie nadszedł, nie jestem pewien, czy zrobiłbym to dość wiernie i zajmująco. Czas upływał mi w niewysłowionym szczęściu i odznaczał się jakimś błogim wewnętrznym spokojem, zadowoleniem, jakby z dobrze wykonanych obowiązków.

Nadszedł też dla mnie czas, długo oczekiwany, na zezwolenie zamieszkania w wyższej sferze. Będąc zupełnie spokojnym o los Eleonory, którą zostawiłem pod opieką wypróbowanych przyjaciół, mogłem zająć się własnym rozwojem duchowym.

Niezmiernie ucieszyła mnie wiadomość przekazana przez Anira, iż zezwolono mi zamieszkać razem z najlepszymi przyjaciółmi, to jest Gizelą i Dominikiem. Naturalnie awans do wyższej sfery poprzedziły egzaminy z zakresu mych aktualnych studiów, przez które przeszedłem pomyślnie.

Chciałbym opisać pobyt w tym “raju”, jak nazwałbym ową sferę w ludzkiej mowie, lecz język ziemski jest nazbyt ubogi, aby oddać ten pełen szczęścia nastrój wśród cudownie pięknej natury i wśród przyjaciół bliskich mi duchem. Gdybym był poetą, napisałbym odę do miłości, gdyż ona była stałym, a przecież zawsze świeżym źródłem inspirującym wszystkie nasze poczynania. Była to boska moc, która wynosi ludzi z otchłani nędzy i poniżenia ku wyżynom człowieka doskonałego.

Pracy w tej sferze astralnej, dla kogoś, kto pragnie nieść pomoc innym, jest niezwykle dużo. Naturalnie każdy ma przydzielone zajęcie, odpowiadające jego siłom duchowym. Bardzo garnąłem się do tego, zwłaszcza, gdy patrzyłem na niezliczone rzesze potrzebujących pomocy pielgrzymów, we wszystkich stadiach rozwoju. Pragnąłem skutecznej pracy, gdy myślałem o tych wszystkich ludziach, którzy podobnie jak ja kiedyś, przechodząc piekło na Ziemi, byli ludźmi niewiedzącymi, ślepymi. Przeklinałem wówczas swój los, nie wiedząc o tym, że każdy człowiek sam go sobie stworzył własną postawą za życia. Nie potrafiłem wtedy jeszcze odróżnić dobra od zła. Zdawało mi się, że wspomagając materialnie jakiś zbożny cel, będę bliżej nieba. O, nieszczęsny, gdzież miałem oczy duszy? Gdzież miałem sumienie, grzesząc nie tylko czynem, gdy wysłałem biednego Dominika na pewną śmierć w morskich otchłaniach, ale też mnogością niestosownych myśli, pomysłów i idei rodzących się w moim człowieczym mózgu.

Odbiegłem nieco tą refleksją od głównego wątku swych zwierzeń, chciałem jednak uwypuklić jak to “wielki człowiek” mało wie o odwiecznych prawach.

Spieszyłem, aby jak najwięcej i jak najszybciej pomóc wszystkim potrzebującym, którzy błądząc w ciemnościach fatalnie rozbijali się o przeszkody. Moim największym zmartwieniem było to, że niestety nie zawsze mogłem skutecznie pomagać z powodu oporu tych dusz.

Odpoczynkiem i ukojeniem był dla mnie powrót do wspaniałego domu i jego równie wspaniałych mieszkańców – moich przyjaciół.

Aby wzbogacić swą pracę i doświadczenia, Anir czasami zabierał mnie, a również Gizelę i Dominika, w podróże do innych światów i planet.

Poznałem więc planetę Mars, gdzie ludzkość cechuje niższy poziom rozwoju, zaś egocentryzm jest ciągle cechą dominującą. Tam właśnie byliśmy świadkami krwawych, wyniszczających wojen.

Kiedyś też Anir zabrał nas w podróż na planetę Wenus. Planeta ta jest znacznie starsza od Ziemi i dlatego mieszkańcy jej osiągnęli wyższy stopień rozwoju i wyższą inteligencję niż ludzkość na Ziemi. Dotyczy to również postępu we wszystkich dziedzinach życia. Muszę tu wyjaśnić też sprawę niezmiernie ważną dla mieszkańców Ziemi. Gdyby kiedykolwiek zaistniała możliwość dotarcia jakiegokolwiek Ziemianina na inną planetę, rozczarowałby się on, nie widząc tam życia ani istot ludzkich. Tajemnica tkwi zaś w różnicach wibracji istot oraz w różnorodności istniejących warunków na różnych planetach. Wracając do naszego pobytu na Wenus, muszę powiedzieć, że chociaż przebywaliśmy tam krótko, była to podróż niezwykle pouczająca i dla nas bardzo korzystna. Od razu rzuciła nam się w oczy wyższość tamtejszych istot nad mieszkańcami Ziemi w umiejętności przyjmowania nieszczęść i zmiennych kolei losu bez biadolenia, przeklinania i wzajemnego oskarżania się. To także znamionuje wyższy poziom rozwoju duchowego.

Mając wiele takich różnorodnych zajęć i będąc naprawdę szczęśliwym w gronie przyjaciół, muszę się przyznać, że stopniowo zacząłem odczuwać coś w rodzaju tęsknoty za Ziemią. Tęsknota – chyba to nie najlepsze określenie uczucia, ogarniającego mnie z coraz większą mocą. Jest to, na początku, jakby przypomnienie, a jednocześnie przestroga. Jednakże nie odstraszyło mnie to od prośby skierowanej do mego opiekuna, prośby o pozwolenie ponownego powrotu na Ziemię. Przypuszczam, że właśnie kontakt z istotami, będącymi na wyższym stopniu rozwoju ujawnia coraz wyraźniej wewnętrzne braki i niedostatki w naszej istocie. Jednocześnie zaczyna się pojmować i rozumieć, że droga do poprawy może wieść tylko przez doświadczenia w polu ziemskim, w szkole życia fizycznego. I dlatego pragnąłem ponownej inkarnacji.

Na wiadomość o tym Gizela bardzo się zasmuciła. Daleki byłem od chęci uczynienia jej przykrości, lecz pragnienie powrotu na Ziemię było silniejsze i decyzja moja była nieodwołalna. Zupełnie inaczej podszedł do tego Anir.

– Cieszę się – powiedział – że podjąłeś ten zamiar samodzielnie i z rozwagą. Bądź więc wytrwały i odważny, bo jak sam zapewne przypuszczasz, będziesz musiał przebyć twardą szkołę życia. Musisz wzmocnić swój słaby charakter, a ponadto naprawić krzywdy wyrządzone ludziom.

Gizela ze łzami w oczach starała się przekonać Anira, że nie posiadam jeszcze dość sił do tego przedsięwzięcia. Jednakże Anir uważał, iż powinienem podjąć się tego zadania i pójść drogą, którą sam uważam za właściwą.

Zwróciłem się z pytaniem do Anira, czy może mi już coś powiedzieć na temat życia, które mnie czeka.

– Chwilowo nic ci nie mogę powiedzieć dokładnie. Przed samym narodzeniem się ujrzysz panoramę swego przyszłego życia, tyle, że w ogólnych zarysach. Szczegóły postępowania będą zależały już od ciebie, od twojej woli wyboru. Wiem tyle, że udźwigniesz ciężar czekającego cię życia. Ja zaś, kiedy tylko będziesz tego sobie życzył, zawsze będę ci pomocny. Prośbę twą przekażę mistrzom zajmującym się narodzinami i śmiercią. Czy miałbyś jakieś szczególne życzenia? – O tak, drogi Anirze. Poproś ich, aby pozwolili mi zlikwidować możliwie jak najwięcej ciężarów przytłaczających mnie dzisiaj. Chciałbym się ich szybko pozbyć.

Anir poradził mi jednak, abym rozłożył to ciężkie brzemię do odpokutowania na większą ilość wcieleń, aby nie było mi zbyt ciężko.

Gizela, która dotychczas przysłuchiwała się rozmowie, teraz podeszła do Anira i spojrzawszy wymownie na niego i na mnie, rzekła: – Proszę cię, Anirze, zgłoś mnie również. Ja muszę pójść za nim. Anir co prawda pochwalił jej dobre serce i wielkoduszność, wyraził jednak zastrzeżenie, że nie powinna inkarnować dopóty, dopóki nie otrzyma wskazówki ze swego wnętrza. – Nie powinno się wyprzedzać natury zarówno w narodzinach, jak i przy śmierci.

Niezadługo otrzymałem wiadomość, abym był przygotowany do zejścia w każdej chwili na Ziemię. Nastąpił dla mnie dziwny okres. Byłem jakby odurzony, a moją świadomość przesłaniała coraz gęstsza mgła. W czasie, gdy miewałem jeszcze przebłyski świadomości i potrafiłem coś pojmować, sprowadzono mnie kiedyś na Ziemię, abym zobaczył swą przyszłą matkę. Wydała mi się kobietą przeciętną, żyjącą w trudnych i nieciekawych warunkach i może, gdybym wcześniej o tym wiedział, przestraszyłoby mnie to. Jednak teraz byłem już z moją przyszłą matką związany więzią fluidalną. Pocieszyło mnie to, że cała jej postać była jakby opromieniona dobrocią, łagodnością i pogodą. A to ceniłem bardziej, niż byt materialny.

Okres mej wspaniałej wolności dobiegał końca. Gizela, która otoczyła mnie wówczas specjalną troską, udzielała mi ostatnich wskazówek. Nie pamiętam już pożegnania z nią, jak również z Dominikiem. Jedynie utkwiły mi w pamięci słowa Gizeli: – Staraj się być dobrym i szlachetnym. Bądź też dobrej myśli. Ja ciebie odnajdę.

Świadomość moja pokryła się jakby gęstą mgłą, jakby jakąś zasłoną, a zmysły przestały reagować. Świat ujrzałem w góralskiej chacie.

12. Ponowne narodziny

Jakub ujrzał świat w góralskiej chacie. Matka wspominała mu potem, że była to noc pełna grozy. Ulewa zacinała w szyby, w dach lichej chaty stojącej nad potokiem, a grzmoty głosiły swą potęgę, zwielokrotnioną echem gór. Błyskawice raz po raz rozjaśniały niewielką izbę ze skromnym sprzętem. Stare, doświadczone babki powiadały, że Jakub będzie odporny na wszelkie trudy życia.

Rodzice jego, chociaż kochali się i szanowali, jakoś nie pasowali do siebie. Ojciec – zwykły góral, wypasający małe stadko owiec, był przystojnym i nieco zadziornym mężczyzną, pogodnego, a nawet wesołego usposobienia. Nade wszystko ukochał swoje góry i znał je “na pamięć”. Żeby dorobić nieco do skromnych groszy z hodowli, a może też i dlatego, że chciał się tymi górami pochwalić, od czasu do czasu wynajmował się za przewodnika. Tak też poznał swoją przyszłą żonę. Była to miłość od pierwszego wejrzenia i tak też zostało do końca. Atmosfera w rodzinie panowała dobra, chociaż często bieda zaglądała im w oczy. Było to tym cenniejsze, że rodzice jakby nie pasowali do siebie. Ojciec – prosty góral, matka zaś – z tak zwanego dobrego domu, gdzie dziewczętom daje się nienaganne wychowanie, wykształcenie i dobre maniery. Naturalnie taki mezalians spowodował, że rodzina matki Jakuba wyrzekła się jej.

Nieraz w przyszłości, już jako dorosły człowiek, Jakub zastanawiał się nad faktem powstania takiego małżeństwa i dochodził do wniosku, że musi być w tym jakieś “wyższe kierowanie”, że to nie przypadek połączył tych dwoje, tak odmiennych prawie we wszystkim, ludzi. Jedno było u nich wspólne: pogoda ducha i wyrozumienie. To pomagało im zawsze. Nawet wtedy, kiedy ojca Jakuba, przy rąbaniu w lesie drzewa, przywaliła duża jodła. Troskliwa opieka żony i siły własnego organizmu po kilku tygodniach pozwoliły mu wstać z łóżka. Toteż dość szybko wyzdrowiał i tylko do końca życia utykał na jedną nogę. Utkwiło to Jakubowi dobrze w pamięci, bo miał już wtedy 10 lat.

W szkole, do której chodził, a była ona w sąsiedniej wsi, uczył się dość dobrze. Nade wszystko lubił czytać. Nie było dla niego nieodpowiedniego miejsca i czasu na czytanie. Największą zaś przyjemność sprawiało mu czytanie w czasie wypasu owiec. Nikt mu wtedy nie przeszkadzał, nie słyszał wołania rodziców, a owieczki – jakby rozumiały, że to, co ich mały pan czyta, to ważne bajki – zachowywały się nadzwyczaj spokojnie i w ogóle były niekłopotliwe.

W tym okresie jeszcze jedna wielka rzecz wydarzyła się w rodzinie Jakuba. Dla niego samego największa i najważniejsza. Już nie był Kubą – jedynakiem. Urodziła się siostrzyczka. Po matce otrzymała imię Anna. Radość Jakuba nie miała granic. Anna, choć była słodką kruszyną, jednakże była też bardzo delikatnym dzieckiem. Dość często chorowała, a to pociągało za sobą wydatki. Dlatego też Jakub, mając 12 lat, po powrocie ze szkoły chodził do pracy u bogatych chłopów, aby nieco zarobić i tym samym pomóc rodzicom. Aż dziw, że przy tych wszystkich licznych zajęciach skończył szkołę z dobrym wynikiem. Do jego obowiązków należała też w dużej mierze opieka nad Anną. Robił to z największą radością. Kochał siostrę bardzo, a ona także z niecierpliwością czekała zawsze na Jakuba. Lubili się razem bawić. Ale oddawali się nie tylko zabawom. Jakub uczył siostrę również czytać i pisać, a ponieważ była dzieckiem inteligentnym i bystrym, szybko robiła postępy. W szkole również uczyła się wzorowo.

Gdy Jakub stał się już dorastającym młodzieńcem, a ojciec zaczął coraz bardziej podupadać na zdrowiu, sam zdecydował, że to najwyższa pora, by skuteczniej pomagać rodzinie.

Pewnego dnia opuścił dom, aby gdzieś znaleźć dobrą pracę. Ciężko mu było żegnać się z ojcem, matką, a szczególnie z ukochaną siostrzyczką, z którą tak dobrze zawsze się rozumieli. Ostatni raz tego dnia spojrzał na ukochane góry, pożegnał się z owieczkami i wiernym, starym już psem i nie oglądając się więcej, ruszył raźno w drogę. Szedł zastanawiając się, co też ten szeroki, wielki świat ma mu do zaoferowania, czego może się po nim spodziewać, co on mu da. Chociaż ciężko było Jakubowi na sercu, jednak młodość kocha przecież wolność, odwagę i przygodę.

Pierwszą dorosłą pracę rozpoczął Jakub w mieście u szewca. Z początku podobało mu się tam. Było z nim jeszcze dwóch chłopców, często śpiewali, a ładniutka córka majstra patrzyła szczególnie na niego łaskawym wzrokiem. Ale to chyba nie była robota dla Jakuba. Ciągłe siedzenie i…. to majstrowanie.

Podziękował więc za pracę i opuścił miasto. Wynajął się jako robotnik w młynie. Młyn ten należał do dużego majątku. Kiedyś zachorował służący we dworze, więc polecono Jakubowi zastąpić go. Właściciel majątku był człowiekiem światłym i dobrym. Przy tym nie był zarozumiałym i nawet ze zwykłym robotnikiem potrafił znaleźć wspólny język. I tak zaczęła się ich znajomość, a potem i przyjaźń. Do młyna Jakub już nie wrócił. Zamieszkał we dworze, gdzie z czasem stał się prawą ręką dziedzica. Dużo czytał; wieczorami pochłaniał masę książek, do których miał teraz łatwiejszy dostęp. Interesowała go szczególnie literatura fachowa z zakresu młynarstwa i ogólnie rolnictwa. Nauczyciela miał Jakub bardzo dobrego, gdyż dziedzic majątek prowadził fachowo, a przy tym sam był pracowity. Starał się też przekazać Jakubowi jak najwięcej wiadomości.

Jakub najbardziej był zadowolony z tego, że nieźle zarabiając, mógł pomagać rodzinie. Żył oszczędnie, gdyż ciągle nurtowała go myśl o kupieniu czy wydzierżawieniu rentownego gospodarstwa. Na ten właśnie cel musiał więc zarabiać pieniądze. W domu było ciężko. Anna skończyła już szkołę, ale nie mogła pójść do pracy, gdyż matka od dłuższego czasu chorowała i wymagała stałej opieki.

Z żalem rozstawał się Jakub z właścicielem majątku i z żalem ten rozstawał się z Jakubem, kiedy Jakub wydzierżawił w pobliżu niedalekiego miasta gospodarstwo.

Wreszcie mógł się usamodzielnić. Czas płynął, a Jakub ciągle był sam i z dala od rodziny. Marzył o tym, aby ukochana siostra zajęła się jego domem, było to jednak nierealne ze względu na chorobę matki.

Jakub dobiegał powoli do wieku 30 lat i powinien był się już ożenić. Jednak okazało się to nie takie proste. Nie uganiał się za dziewczętami, a w jego otoczeniu nie było żadnej poważnej panny, która mogłaby być kandydatką na jego żonę.

W dni wolne od pracy, a miał teraz nieco więcej czasu, odwiedzał wuja mieszkającego w pobliskim mieście. Bywało, że chodził z nim do cyrku lub na przedstawienia taneczne czy teatralne. I wtedy zdarzyło się coś, co miało zaważyć na jego dalszym życiu.

13. Luiza

Do miasta przyjechał cyrk, który wywołał wielkie poruszenie wśród mieszkańców. Zobaczyć dobrych, szeroko znanych artystów cyrkowych to było coś. Wprawdzie Jakub nie przepadał za akrobacją i cyrkowymi sztuczkami, ale wuj, który był samotny, a nie lubił chodzić na żadne imprezy sam, gorąco namawiał go do pójścia razem z nim. Jakub zgodził się więc. Bez specjalnego zainteresowania oglądał program mocno przez publiczność oklaskiwany. Wtem na linę weszła akrobatka, która przykuła jego uwagę. Obcisły kostium opinał jej zgrabne kształty, a burza czarnych włosów szalała nad delikatną twarzyczką o śniadej cerze i czarnych jak węgiel oczach. Jakub bał się bardzo, żeby nie potknęła się i nie spadła z wysokości na arenę cyrku. Było to dziwne uczucie, jakby obawa czy strach o najbliższą mu osobę. Obserwował ją odtąd na wszystkich przedstawieniach, jakie cyrk dawał w mieście, oczywiście już bez wuja. Był wprost zafascynowany tą czarującą dziewczyną. Wreszcie po kolejnym przedstawieniu zebrał się na odwagę i z dużym bukietem kwiatów złożył jej wizytę w garderobie. Ucieszyła się, jak każda artystka, pragnąca dowodów uznania. Lecz gdy wizyty Jakuba stały się już codziennością, okazała najpierw zdziwienie, a potem zniecierpliwienie. Gdy zaś nieśmiało zaproponował jej małżeństwo, wpierw się oburzyła, a potem roześmiała się szyderczo. Zapytała, co jej może ofiarować, co zapewnić. Przecież prowadzili tak bardzo odmienne życie.

Przedstawienia skończyły się i cyrk opuścił miasteczko. Ale Jakub nie zaznał chwili spokoju. Cudowny obraz Luizy tkwił przed nim we dnie i w nocy, we śnie i na jawie. Był nią oczarowany. Gospodarstwo, któremu ostatnio niewiele poświęcał uwagi, zostawił na łasce parobka i pojechał szukać Luizy. Była niezmiernie zdziwiona, gdy zobaczyła Jakuba czekającego znów na nią po przedstawieniu. Jakub błagał ją, aby zgodziła się na małżeństwo. To nic, że nie znał jej bliżej, nie znał jej upodobań i charakteru, wiedział tylko jedno – i to mu przesłaniało wszystko – musi zostać jego żoną. Luiza widząc ten upór zaczęła się zastanawiać i w końcu wyraziła zgodę.

Po ślubie i pierwszych szczęśliwych chwilach Jakub uświadomił sobie, że przecież o tym wydarzeniu, bądź co bądź ważnym w jego życiu, nic nie wie jego rodzina. Napisał więc do Anny wszystko. Odpowiedź Anny długa i troskliwa otrzeźwiła go. Dobra i przewidująca siostra nie tylko, że nie była zadowolona z tego małżeństwa, ale starała się otworzyć bratu oczy na rzeczywistość. A rzeczywistość zaczynała się zmieniać.

Luiza odznaczała się despotyzmem i egoizmem. Była kapryśna i samolubna. Jakub dopiero teraz rozumiał, jakie popełnił głupstwo. Przecież ta delikatna, piękna istota zupełnie nie nadawała się na żonę chłopa – rolnika. Zrozumiałym było, że nie pociągała ją praca przy krowach w oborze czy przy drobiu. Ona chciała błyszczeć jak dotąd i jak dotąd być adorowaną. Nie była przyzwyczajona do sielskiego, osiadłego życia na wsi. Jakub zaczął pojmować, że jej i sobie wyrządził ogromną krzywdę. Ale jak to teraz naprawić? Pozostawił więc to wszystko na pastwę losu. Czas miał działać za niego.

Luiza nie nazywała Jakuba nigdy zdrobniale Kubą, było to dla niej zbyt chłopskie i prostackie. Potrafiła jednak być miłą i czarującą. Tak też było pewnego letniego wieczoru, gdy przymilnie odezwała się do Jakuba: – Mój drogi, czy nie uważasz, że nie możemy tak całe życie siedzieć na wsi, podczas gdy na świecie jest tyle cudownych rzeczy, których ty przecież jeszcze nie widziałeś?

Tu roztoczyła widoki pięknych, ciekawych i ciepłych krajów. – Jeżeli już mamy razem gdzieś mieszkać, to marzą mi się gaje oliwne, ciepłe fale morskie i gorące promienie południowego słońca – dodała. Jakub był zaskoczony i jednocześnie zasmucony jej projektem. – Luizo – odpowiedział – a cóż ja tam bym robił? Tu się urodziłem, tu mam matkę, ojca i siostrę. Jakże mógłbym żyć z dala od mego rodzinnego gniazda? Nie nadaję się do tułaczego życia, za którym ty tęsknisz. Poza tym nie mamy na to środków, a przecież to droga wyprawa.

– Zostaw to mnie – odrzekła – postaram się o dobrego kupca na twoje gospodarstwo, załatwimy to szybko i zobaczysz, że nie będziesz żałował. Będziemy tam bardzo szczęśliwi, Jakubie – dodała przymilając się znacząco. A gdy mimo wszystko odrzucił jej pomysł, rozzłościła się nie na żarty. Zaczęła płakać, tupać nogami, histeryzować i zagroziła mu, że i tak zrobi to, co będzie chciała.

Zajście to wytrąciło Jakuba z równowagi, ale też i dodało mu jakiejś samodzielności i odwagi, gdyż dotąd prawie zawsze ustępował żonie. To Luiza miała decydujący glos.

Życie potoczyło się dalej, jakby nic nie zaszło. Luiza dość często jeździła do miasta, gdzie zaprzyjaźniła się z żoną sklepikarza, któremu dostarczali produkty rolne z ich gospodarstwa. Czasami nawet zatrzymywała się na dłużej, nawet na noc, zawsze jednak uprzedzała o tym Jakuba. Gdy pewnego razu po jednodniowym wyjeździe do miasteczka nie powróciła na drugą noc, Jakub zaniepokoił się tym. W myślach ujrzał różne sceny, sądził też, że Luizie mogło się przytrafić coś złego. Rano, po nieprzespanej nocy, cały roztrzęsiony udał się do miasta. Chodził po znajomych sklepach i targach, ale Luizy nigdzie nie zastał. Popędził do znajomej sklepikarki. Powitał go właściciel sklepu oświadczając, że żona jego wyjechała do chorej córki już przed miesiącem, a Luizy dość dawno nie widział w swoim domu. Jakuba tknęło złe przeczucie. Dopiero teraz uświadomił sobie jak wiele go z nią wiązało. Był też pewny, że jednak zgodziłby się na wspólny wyjazd na południe. Ale gdzie miał jej szukać? Zrezygnowany i załamany, po bezowocnych wysiłkach odnalezienia swej żony, udał się na dworzec kolejowy, chcąc wrócić do domu. Kupując bilet, podzielił się swym zmartwieniem z urzędnikiem na stacji. Ten oświadczył, że widział Luizę. Z jakimś znacznie starszym i, widać to było, że zamożnym, towarzyszącym jej panem; wsiadała wczoraj do pociągu.

Jakub poczuł się oszukanym, zdradzonym i przegranym człowiekiem i w tym momencie żałował, że nie był kobietą. Że nie mógł całego swego bólu wypłakać.

14. Rodzeństwo

Praca na gospodarstwie nie sprawiała już Jakubowi, jak to było dotychczas, radości. A co najgorsze, praca nie dawała wytchnienia od ponurych myśli. W dodatku nieurodzaj tego roku sprawił, że poniósł znaczne straty. Do wuja w mieście nie chciał zwracać się o pomoc, gdyż od chwili małżeństwa z Luizą, stosunki z nim ochłodziły się. Wuj jakoś nie darzył sympatią żony Jakuba, a nawet nie krył się z tym, że jej nie lubił. Zresztą i Luiza instynktownie okazywała mu swą niechęć. I tak troski zaczęły się gromadzić i nakładać na siebie.

Gdy nadszedł list od Anny, Jakub ucieszył się niezmiernie. Bardzo lubił dostawać listy od swej siostry, która niekłamaną miłością i troską zawsze dodawała mu otuchy i sił. Tym razem jednak list bardzo go zmartwił. Anna donosiła, że ojciec jest ciężko chory i pragnie zobaczyć syna.

W rodzinnej wsi Jakub nie był już chyba kilkanaście lat, czyli od czasu, gdy jako młody chłopiec opuścił dom rodzinny w poszukiwaniu pracy. Niestety. Ojciec zmarł na dzień przed przyjazdem Jakuba. Anna, choć smutna i mizerna – ojciec przecież dość długo chorował, a ona pielęgnowała go troskliwie sama – na widok brata ożywiła się i uradowała. O ucieczce Luizy Jakub nic jej nie wspominał w listach. Wstydził się, gdyż teraz wiedział o tym, że to Anna miała rację. Teraz jednak musiał wyznać prawdę i opisać swoje związane z tym przeżycia. Anna wysłuchała spokojnie, jednakże nie próbowała brata pocieszać. Wręcz przeciwnie, dała mu odczuć, że przyniosło to jej ulgę, a nawet zadowolenie.

Z początku rodzeństwo chciało sprzedać gospodarstwo i Anna miała zamieszkać u brata na stałe. Jednakże Jakuba niepokoiła myśl, że po ewentualnym powrocie żony nie byłoby pewności, czy Anna czułaby się dobrze w tym domu. Co prawda siostra zdziwiła się, że Jakub dopuszcza do siebie myśl o powrocie Luizy. Chociaż jednak życie małżonków było burzliwe i pełne konfliktów, to właśnie Jakub miał wyrzuty sumienia wobec Luizy. Postąpił przed laty lekkomyślnie i egoistycznie, wyrywając ją z kręgu jej własnych zainteresowań, z tego, jakże szczególnego, teatralno – jarmarcznego środowiska. Czuł się winny.

Wracając do spraw rodzinnego gospodarstwa Jakub i Anna postanowili nie sprzedawać go, a wydzierżawić, żeby nie pozbawiać Anny szans ewentualnego powrotu. Po załatwieniu związanych z tym formalności, Jakub powrócił do domu wraz ze swą siostrą.

Wraz z Anną do domu wkroczył spokój, stabilizacja i ład. Nowa gospodyni z zapałem zabrała się do porządkowania nieco podupadłego gospodarstwa. Wieczorami, każde po swojej pracy, siedząc w ogrodzie lub altanie, rodzeństwo prowadziło długie rozmowy w miłej, rodzinnej atmosferze. Czasami odwiedzali wuja, który w pobliskim miasteczku prowadził hurtownię handlu zbożem. Wuj, wcześniej nie darzący sympatią Luizy, Annę polubił od razu. Zaczął nawet sam składać wizyty u siostrzeńców.

Letnie wieczory spędzali nad brzegiem rzeki, płynącej niedaleko ich skromnej posiadłości. Nie opodal rzeki znajdowały się ruiny starego zamczyska, czy jakiegoś dawnego grodu warownego. Dzisiaj nikt się nim nie interesował i tylko dzieci lubiły się tam bawić. Pewnego letniego, niedzielnego przedpołudnia, Jakub ze zdumieniem zobaczył młodego człowieka ze sztalugami, który malował na tle ruin rzekę, w tym właśnie miejscu tworzącą urocze zakole. Wywiązała się rozmowa. Jakub dowiedział się, że malarz – Dawid – przyjechał z dość daleka, z dużego miasta, gdzie uczył się malarstwa u innego, znanego malarza. Jakub spotykał go jeszcze nie raz podczas spacerów, gdy Dawid malował swoje pejzaże. Zaprosił go kiedyś do domu. Oboje z siostrą bardzo polubili Dawida. Był naturalny, nie napuszony, przy tym pogodnego i wesołego usposobienia, również ciekawie się go słuchało, a umiał opowiadać i miał co. On również czul się u rodzeństwa bardzo dobrze, nawet do tego stopnia, że nieraz zostawał na noc. W altance urządzili mu wspólnymi siłami prowizoryczną pracownię, gdzie też spędzali we trójkę miłe wieczory na czytaniu czy dyskusjach, a Dawid poza malarstwem miał jeszcze inne zdolności – pięknie grał na flecie. Dawid, który miał dar zjednywania sobie ludzi, nawet potrafił pozyskać sobie sympatię srogiego wuja, który odwiedzał ich coraz częściej. Jakub dochodził do równowagi psychicznej.

15. Powrót Luizy

Szczęśliwe dni, jak każda sielanka, skończyły się szybciej, niż ktoś mógłby to przewidzieć. Któregoś dnia pocztą przyszedł krótki i lakoniczny list: “Jakub, jestem biedna, chora i zagubiona w tym niewdzięcznym świecie. Wkrótce wracam, proszę cię, nie odpychaj mnie. Twoja Luiza”.

Sercem Jakuba zawładnęły bardzo mieszane uczucia. Było mu jej serdecznie żal, tym bardziej, że ciągle czuł się winnym wobec Luizy. Z drugiej jednak strony bał się jej powrotu ze względu na Annę. Podał list siostrze. Anna zbladła i zdławionym głosem powiedziała: – Kuba, przecież jej nie przyjmiesz z powrotem? Ona cię zrujnuje fizycznie i psychicznie do reszty, ona zniszczy twoje życie.

Gdy Jakub nic nie odpowiedział, Anna zwróciła się do Dawida, jakby prosząc go o pomoc. Dawid jednakże z wielką powagą odrzekł: – Jest mi naprawdę trudno coś powiedzieć i doradzić w tak bardzo osobistej sprawie. Na pewno Jakub postąpi tak, jak mu podpowie sumienie. Nawet kosztem harmonii w domu.

Po kilku dniach Luiza zapukała nieśmiało do swego dawnego domu. Nie była to już ta sama kobieta, piękna i dumna, zarozumiała i pewna siebie. Była istotą załamaną, złamaną przez życie i ludzi, dźwigającą jakiś ciężar ponad siły. Szybko weszła do swego dawnego pokoju i położyła się do łóżka. Prosiła, żeby nikt do niej nie przychodził, aż da znać. O, jakże musiało zmęczyć ją to życie gdzieś w ciepłych krajach.

Wszyscy powoli przyzwyczaili się do usługiwania Luizie i czynienia jej drobnych przyjemności. Nie do wiary był fakt, że ta drobna, osobliwa, jakby bezradna kobieta wkrótce stała się centrum zainteresowania wszystkich, nawet Dawid był pod jej urokiem, a Anna, która tak bardzo obawiała się jej powrotu, stała się jej serdeczną opiekunką. Jedynie wuj zaprzestał odwiedzin. Jakub natomiast przeżywał wewnętrzną, wyniszczającą rozterkę. Na przemian był pełen uwielbienia dla Luizy, to znów po chwili ogarniała go taka niechęć i gorycz, że najchętniej wyrzuciłby ją z domu.

Luiza bardzo szybko pojęła swą moc nad otoczeniem i nie wahała się jej wykorzystywać. Powoli, powoli stała się tyranem wszystkich. Jakub cierpiał bardzo pod tym jarzmem, w którym Luiza trzymała cały dom w napięciu.

Stajnią, w której stały dwa konie, zajmował się parobek Bernard. Ten sam, który Luizę odwoził do miasteczka, również po raz ostatni w dzień jej ucieczki. Lubiła go za to i darzyła pewnym zaufaniem, mimo że Bernard był największym pijakiem pod słońcem. Jakub już raz go wyrzucił, gdyż swoim pijaństwem przyczynił gospodarstwu niemałych szkód. Jednakże Luiza wstawiła się za nim i tak usilnie prosiła, dowodząc, że parobek zupełnie się stoczy i zginie marnie, że Jakub przyjął go z powrotem. Teraz Bernard w szale pijaństwa doprowadził najlepszego konia do kalectwa. Naturalnym było, że Jakub jak najprędzej chciał pozbyć się tego nicponia. Gdy dowiedziała się o tym Luiza, wybłagała u męża zmianę decyzji. Wykazała przy tym tyle troski i serdeczności, tak rzadko przecież u niej spotykanych cech, że było to aż wzruszające. Była to zapewne resztka dobroci tej skomplikowanej kobiety.

16. Śmierć Luizy

Chłodna i dżdżysta jesień, zbliżająca się szybkimi krokami, nie nastrajała nikogo radośnie. Były to też ostatnie chwile spędzone wspólnie z Dawidem, którego obowiązki wzywały do miasta. Wszyscy chodzili osowiali, nie odzywając się do siebie, jakby chcieli odsunąć chwilę rozstania. Jednakże Dawid musiał odjechać i odjechał. Ku wielkiemu zdziwieniu Jakuba, Luiza powiedziała: – Nareszcie.

Jakub był nie tylko zdziwiony, ale i zgorszony tą niesprawiedliwą oceną. – Ależ Luizo – powiedział – co masz mu do zarzucenia? – On miał jakiś dziwny wpływ na mnie – usłyszał z ust żony – jakby mnie urzekał swoją osobą, a nie potrafiłam wytłumaczyć sobie, co było tego przyczyną. Po prostu czułam się jakby niespokojna po wpływem jego spojrzenia. Prawdę mówiąc, twoja siostra Anna również mnie denerwuje. Jest zbyt troskliwa i stale mi się narzuca.

Tego już było za wiele. Jakub wybuchnął ostro, może zbyt ostro, jak na stan chorej, z wyrzutami, wypominając jej czarną niewdzięczność i zupełny brak ludzkich uczuć.

Anna natomiast swoją wrażliwością wyczuwając niemiłą sytuację w domu brata, udała się po radę i pomoc do miasteczka, do wuja. Bardzo chciałaby się usamodzielnić. Stanęło na tym, że wuj wynajął w miasteczku niewielkie lokum, gdzie Anna założyła warsztat koronkarski. Sztuki tej, wymagającej cierpliwości i pewnego artyzmu, nauczyła ją jeszcze matka. Wuj też obiecał zapewnić jej kupców i zbyt na te wyroby. Anna zadowolona z takiego obrotu sprawy, nie zachwyciła swoją decyzją brata. Oświadczyła jednak, że musi opuścić jego dom, gdyż męczy się bardzo patrząc, jak bardzo brat musi cierpieć, a ona nie może udzielić mu żadnej pomocy.

I tak Jakub został znów sam na sam ze swoją żoną, zagadkową, skomplikowaną Luizą. Jego kielich goryczy nie był jednakże jeszcze pełen. Nie dosyć, że dręczyła go choroba żony, jej nieokiełznany charakter i częste wybuchy gniewu, brak mu też było opiekuńczych skrzydeł siostry, a w dodatku zaczęły się piętrzyć przed nim kłopoty finansowe.

Gospodarstwo wymagało pewnych nakładów pieniężnych, żniwa były kiepskie, a służba arogancka i niechętna do pracy. Wydawało się, że sytuacja jest bez wyjścia. Jakuba nachodziła apatia, nie widział celu przed sobą i nierzadkie były myśli, że takie dalsze życie nie ma sensu, więc należałoby raz z tym skończyć. W takich chwilach szybko jechał do miasteczka, gdzie Anna, zawsze pełna dobroci i wyrozumienia, starała się dodać bratu otuchy i sił do przetrwania. Ona wierzyła głęboko i szczerze, że losem człowieka kieruje wyższa siła, wyższa moc, a on sam winien okazać cierpliwość i głęboką wiarę, mówiąc: “Bądź wola Twoja”. Powiedziała też kiedyś bratu: – Wiesz, Jakubie, czuję, że to wszystko, co nas spotyka, cały nasz los, ma jednak swój głęboki sens, że nie dzieje się nic bez powodu.

Tak pocieszony Jakub wracał do swych codziennych trosk. Jakże niewiele było w jego życiu radości, a jak dużo nieszczęścia i kłopotów. Małżonkowie nie prowadzili żadnego życia towarzyskiego. Nawet służba odnosiła się do nich w pewnym sensie lekceważąco i z rezerwą. Otoczenie nie mogło Jakubowi wybaczyć, chociaż nikt mu tego w oczy nie mówił, że zdecydował się przyjąć z powrotem do domu żonę, która potrafiła uciec z innym mężczyzną i bawić się długi czas w szerokim świecie. Według opinii ludzkiej taki grzeszny czyn zasługiwał na potępienie i karę. Niekiedy Jakub prosił, aby Luiza opowiedziała mu o swojej ucieczce i pobycie w świecie, którego tak kiedyś pragnęła, kończyło się to jednak zwykle wybuchem histerii i jeszcze większym zacięciem się w sobie, milczeniem. Bezpowrotnie minął cały urok i czar Luizy, z którego tak niegdyś słynęła. Była teraz tylko ciężarem dla Jakuba, ale również i dla siebie.

Luiza nie opuszczała swego pokoju, a wkrótce cierpienia w nieuleczalnej chorobie przykuły ją zupełnie do łóżka, z którego nie miała już nigdy powstać. Czas ten, prawie rok, był dla Jakuba piekłem na Ziemi. Cierpiał razem z żoną. Codziennie modlił się, aby Bóg zechciał jeszcze przed śmiercią Luizy zmiękczyć jej twarde serce, napełnić je łaską pokory i pojednania.

Gdy bóle wzmagały się, Luiza prosiła, aby Jakub siedział przy niej i trzymał jej rękę. Pomagało jej to przetrwać największe męki. W takich chwilach delikatnie głaskała jego rękę i nawet raz odezwała się cicho i tkliwie: – Zapewne dużo, zbyt dużo wycierpiałeś z mego powodu, Jakubie. On zaś w napięciu czekał, co powie dalej. Nie zdobyła się jednak na nic więcej. Nie była jeszcze w zgodzie z samą sobą.

Luiza czuła się coraz gorzej. Oboje wiedzieli dobrze, że zbliża się koniec. – Powiedz, co masz na sercu, a będzie ci lżej odejść – zachęcał Jakub swą żonę. – Wiem o tym. Ale to trudne. Tak bardzo trudne…. Pełen cierpliwości i jakiegoś wewnętrznego spokoju Jakub nalegał, prawie żądał od niej, by Luiza ulżyła swemu sumieniu, tłumacząc, że to przyniesie jej ukojenie. – Czy pamiętasz, jak zabrałeś mnie prawie przemocą z mego barwnego świata tańca i przygody? Tam byłam podziwiana, adorowana, wolna i niezależna. Każdego dnia podziwiały mnie tłumy. To było moje życie, mój żywioł. Naiwnie zgodziłam się zostać twoją żoną. Przywiozłeś mnie więc do swego domu. Czułam się jak roślina wyrwana z korzeniami z rodzinnej gleby. Roślina, która lada moment może uschnąć. Było mi tu duszno, ciasno, nudno, twoja praca nie interesowała mnie zupełnie. Byłeś zawsze dla mnie bardzo dobry, ale różniliśmy się ogromnie. We mnie wszystko się buntowało, wrzało. Ty zaś ze swym spokojnym usposobieniem nie potrafiłeś zrozumieć tego, że w moim wnętrzu jest coś z dzikiej wolności, coś, co za tą wolnością tęskni. Dlatego nie mogłam się przywiązać do jednego miejsca, przynajmniej jeszcze wtedy. Dlatego musiało stać się to, co się stało. Musiałam zerwać te kajdany. W zasadzie nie miałam trudności w ułożeniu sobie życia według mego gustu i potrzeb. Wystarczyło tylko skinąć, a zawsze ktoś leżał u mych stóp i ofiarował mi swą opiekę i swe złoto. Kochałam życie z jego radościami i bólami. Raz byłam u szczytu sławy, to znów fale życia strącały mnie na samo dno. I tak pędziłam na przełaj, nie oglądając się za siebie, żyjąc dniem dzisiejszym i nie myśląc, co będzie potem. Pewnego jednak razu uderzyłam głową o skałę. Skała mnie pokonała. Został ze mnie strzęp, wyzuty z wszelkich ludzkich uczuć. Byłam bardzo nieszczęśliwa. Wtedy odczułam dziką tęsknotę za tobą i za domem, z którego uciekłam. Gdybym mogła, na kolanach przyczołgałabym się tutaj, prosząc ciebie o przebaczenie. Ale ciągle było to ponad moje siły. Zrozumiesz mnie dobrze, jeżeli ci powiem, ile wstydu i upokorzenia kosztowało mnie zjawienie się tutaj. Jak wielką wewnętrzną walkę musiałam stoczyć, przekraczając próg twego domu. Naszego domu – dodała ciszej – Długo walczyłam ze sobą, aby wrócić, aby ci to wszystko wyznać. Tęskniłam do tej chwili, aby wypłakać to – wszystko w twoich ramionach i prosić cię o przebaczenie. Wierz mi, mój drogi, nie przyszło mi to łatwo. Jedno muszę ci powiedzieć. Nikomu nie ofiarowałam swego serca. Może nie uwierzysz, ale twój obraz towarzyszył mi wszędzie, we wszystkich okolicznościach i stał przede mną jak jakiś ideał, po który nie wolno mi było, jeszcze nie wolno, sięgnąć. Wydawało mi się, że nie jestem go godna, wiedziałam jednak o tym, że muszę dążyć do zdobycia go. Gdybym pozostała przy tobie, nigdy nie byłabym bliżej ciebie. Musisz zrozumieć, że musiałam ciebie opuścić właśnie po to, aby ciebie odnaleźć i odzyskać. Aby móc do ciebie wrócić i u ciebie zakończyć życie. Teraz właśnie zbliża się koniec. Ogień mego życia wypalił się i do końca rozsiewał wokół siebie tylko popiół i niszczącą lawę. Nic zaś wartościowego. Czy ty, który tyle przeze mnie wycierpiałeś, będziesz zdolny mi wybaczyć? – Dopiero teraz, Luizo, rozumiem cię, jak nigdy dotąd. Pojmuję także i to, jak wielką wyrządziłem ci krzywdę i szkodę moimi natarczywymi konkurami. Byłem rzeczywiście wielkim egoistą, opanowanym żądzą zdobycia ciebie na własność. Nie brałem zupełnie pod uwagę zaś tego, jak ty będziesz się czuła w tych zupełnie innych, odmiennych warunkach życia. To ty, Luizo, powinnaś mi wybaczyć.

Luiza długo leżała bez ruchu, trzymając rękę Jakuba. Nie powiedziała nic, tylko jeszcze po raz ostatni spojrzała na niego swym czarującym spojrzeniem, które tak go kiedyś urzekło. Jakub odczuł, że spowiedź ta wyzwoliła w niej całą dobroć i czułość, a ta ostatnia krótka godzina była dla niego bogatą rekompensatą za troski i cierpienia wielu lat.

Luiza poprosiła jeszcze, aby przywołać Annę. Jednakże, gdy ta niezwłocznie przybyła, umierająca nie miała już sil, by cokolwiek powiedzieć, wzięła więc tylko rękę Anny w swoją dłoń, jakby chciała ją przeprosić za wszystko zło, jakie jej wyrządziła.

17. Koniec ziemskiej wędrówki

Mimo ostatnich smutnych przeżyć Jakub czuł się swobodnie i lekko. Jakby pozbył się ciężkiego i zbędnego balastu. I stwierdził po raz nie wiadomo który, iż spokój i czyste sumienie znaczy więcej, niż wszystkie ziemskie dobra, jakie mogłyby być dla niego dostępne. Wtedy i dalsze życie ziemskie, chociaż często twarde i szorstkie staje się pogodne, a człowiek uodparnia się na przeciwności losu. Jakub przeczuwał instynktownie, a nawet był prawie pewien, że w jego życiu wszystko działo się prawidłowo. Sam sobie chyba wybrał takie życie. Podświadomie czuł, że musi spłacić dług, obciążający jego konto. I chyba teraz rachunek został wyrównany. Chociaż w głębi duszy czul żal do losu, – że jak się wydawało – niesprawiedliwie ciężko go doświadczał.

Jakub jakoś niewiele przejął się tym, że zaniedbane gospodarstwo w zasadzie nie nadawało się już do odbudowy. Był zmuszony sprzedać je za bezcen, a po zapłaceniu długów została mu jeszcze nieduża sumka. I jak zwykle w chwilach bezradności udał się do swej siostry, aby u niej znaleźć kąt dla siebie. Jednakże Anna z trudem wiązała koniec z końcem prowadząc swój maleńki sklepik, a i sił już miała też coraz mniej, tym bardziej, że zawsze była delikatna i wątłego zdrowia. Jednakże oboje mieli zaznać jeszcze doczesnej radości i stabilizacji finansowej.

Stało się, że zmarł ich wuj. Był on samotny, więc jedynymi spadkobiercami zostali Jakub i Anna. Szybko też znaleźli się w przyzwoitych, dostatnich warunkach. Kupili w ładnej miejscowości, niedaleko od stron rodzinnych, małe gospodarstwo, zamieszkali wspólnie i życie ich, jakby chciało powetować tyle lat trosk i trudności, ofiarowało im na koniec błogi spokój, dostatek i radość ze wspólnego przebywania. A radość ta stała się jeszcze pełniejsza, gdy odwiedził rodzeństwo ich wspólny, dawny znajomy i przyjaciel – Dawid. Długo przebywał za granicą, gdzie jako wzięty artysta święcił triumfy. Wprawdzie utrzymywał kontakt listowny z Anną i Jakubem, teraz jednak koniecznie chciał się z nimi zobaczyć osobiście. Wiadomo jednak, że nie może być wiele radości naraz w tym świecie.

Nastała ostra zima. I chociaż Anna dbała o Jakuba bardziej niż o siebie jakoś nie zwróciła uwagi na to, że brat, który miał zwyczaj zawsze rano jeszcze przed śniadaniem przejść się trochę po obejściu, zbyt lekko się ubrał. Następstwem było ciężkie przeziębienie i żaden lekarz nie był w stanie mu pomóc. Przeczuwał, że zbliża się koniec jego wędrówki w tym życiu. Dziękował Bogu za Jego dobroć, za to, że pozwolił mu wiele zrozumieć, że umożliwił mu wyciągnięcie wniosków z doświadczeń życiowych, jakże gorzkich doświadczeń. Był więc ogarnięty miłością do wszystkich ludzi, do wszystkich żywych istot na świecie. Anna trzymała jego ręce, a jej wierne spojrzenie Jakub zabrał ze sobą na drugą stronę. Zasnął na ziemi, a obudził się już w innym świecie.

18. Za zasłoną

Zasnąłem na ziemi, a obudziłem się już w innym świecie. Była to bezkresna równina i nic poza nią. Żadnego drzewka czy choćby krzaczka, nic, tylko gładka, szara ziemia i nikogo dookoła. Ta beznadziejna samotność zaczęła mnie męczyć. Popadłem w odrętwienie. Jak długo byłem w tym otępiałym stanie? Chyba bardzo długo, a męczyło mnie to tym bardziej, że dołączyły się wyrzuty sumienia popełnionych czynów mego ziemskiego żywota, a nie miałem z kim podzielić się swoją niedolą. Sny miałem niespokojne, czasami koszmarne. Jednak powoli zacząłem rozumieć, że w czasie ziemskiej wędrówki nie wolno życia marnować w jałowości jedynie przyziemnych spraw i trwać w egoizmie w stosunku do bliźnich. Zacząłem pojmować, że z doświadczeń człowieczego losu należy wyciągać odpowiednie wnioski i choćby tylko maleńkimi kroczkami iść naprzód w swoim rozwoju duchowym. Współczułem wszystkim tym, którzy wędrują przez ziemskie życie bez ładu i składu i pełni wewnętrznych niepokojów i szarpaniny trzymają swoją opaskę niewiedzy na oczach. Te rozmyślania i mocne postanowienie poprawy sprawiły, że poczułem się wewnętrznie znacznie lepiej. Zapadłem w spokojny, pokrzepiający sen. Gdy się obudziłem ponownie, odniosłem wrażenie, że w czasie tego snu zostałem uleczony z jakiejś ciężkiej choroby.

Czułem jak przybywało mi sił. Gdybym się jeszcze tylko potrafił wyciszyć… W końcu nie wiedziałem już, czy to jest sen, czy jawa i bałem się poruszyć, aby ten cudowny czar przypadkiem nie prysnął. Nagle delikatna dłoń przesunęła się po moim czole. Odczułem jakąś ciepłą, kojącą emanację i naraz ujrzałem nie opodal mnie jaśniejącą postać. Uśmiechała się przyjaźnie. – Jak się czujesz? – zapytała.

– Wspaniale – odpowiedziałem – jestem tylko nieco zmęczony. Ale ty kim jesteś? – zapytałem z zaciekawieniem. – Nie poznajesz Anira?

Anir…. Anir…. zacząłem powoli pojmować, co znaczyło to imię dla mnie. – To ty byłeś moim przyjacielem, nauczycielem i przewodnikiem po astralnych polach bytu. Jakże się cieszę, że znów jesteś przy mnie. Wyjaśnij mi jednak proszę, skąd się tu wziąłem, i to w twoim towarzystwie? – Gdy zostawiłeś na ziemi swe martwe fizyczne ciało, przeniosłem cię tutaj, abyś na tej wspaniałej trawie (byłem teraz na łące pełnej kwiatów) mógł nieco wypocząć i nabrać sił.

– Mówisz, że zmarłem? Że nie żyję?

– Tak. Tak to nazywają ludzie na ziemi. Ale tak naprawdę to jesteś bardziej żywy, niż oni tam na dole. Czy nie czujesz, jak przenika cię nowe życie? – Tak, czuję się naprawdę tak, jakbym został wskrzeszony, odrodzony. Muszę tylko trochę jeszcze wypocząć.

– Wypocząć, a także więcej jeszcze pojąć i zrozumieć. Wiem, że będziesz się starał. Że zdołasz dokonać w sobie dalszej przemiany.

– Anirze, o czym mówisz? Takie to wszystko niejasne, skomplikowane i wciąż zagadkowe. Tak bardzo chciałbym znać prawdę. – Postaram się pokrótce ci to wyjaśnić.

Ludziom zdaje się, że niesprawiedliwy los okrutnie ich bije bez przerwy. Złorzeczą, zazdroszczą innym, usprawiedliwiają się sami przed sobą, a prawdy dalej nie znają. Szukają jej na wszelkie możliwe sposoby, nawet mają przy tym dobre chęci. Wymyślają różnorakie idee i…. nic się nie zmienia. Chcą koniecznie na ziemi stworzyć sobie raj, ale egocentryzm człowieka rozbija wszystko. Idą więc dalej narzekając na niesprawiedliwość Boga czy Allacha, na ślepe prawa natury, wreszcie i na nieprzyjazny los.

– Mów dalej, Anirze. Naprawdę tak jest. Pamiętam to dobrze. Przeżywałem to samo.

– Cieszę się, że mnie rozumiesz. A teraz słuchaj dalej uważnie. Dla Najwyższej Inteligencji wszyscy ludzie są równi. I dopiero postępowanie człowieka, działanie jego woli stwarza karmę, którą zabiera on ze sobą na ziemski świat i z którą rodzi się ponownie.

– Poczekaj Anirze. Dotąd rozumiałem dobrze. Teraz jednak wyjaśnij mi bliżej ową karmę.

– Widzę, że jesteś już zmęczony. Chwilowo więc niewiele ci już powiem. Przyjdzie czas, że powoli sam dojdziesz do wyjaśnienia wielu prawd. Nic się nie dzieje bez prawa “przyczyny i skutku”, czy poza tym prawem. Jeżeli człowieka spotyka jakieś zmartwienie, nieszczęście, tragedia, uderzenie losu, to jest to skutkiem przyczyny, która miała miejsce może nawet dawno kiedyś, nawet niekoniecznie w obecnym życiu. Wszystko to musi być wyrównane, zapłacone i to jest ta niepojęta sprawiedliwość. Powiedziałem ci jednak więcej niż zamierzałem. Muszę już iść. Jak się domyślasz, pracy mam bardzo dużo. Przyjdę po ciebie później i zabiorę cię stąd. Na razie zostawiam cię pod opieką życzliwej ci i dobrze znanej osoby. Pragnie cię ona powitać i pomóc ci.

19. Epilog

Gdy Anir odchodził, z daleka zobaczyłem wiotką kobiecą postać, szybko a bezszelestnie zbliżającą się do mnie. Jakaż była piękna. Ciemne, marzycielskie oczy. Czarne fale pięknych włosów opadały na ramiona, a na twarzy o delikatnych rysach malował się przyjazny, czarujący uśmiech. Twarz ta nie była mi obca. Skąd ją znałem?

– Mile widziany Jakubie – powiedziała kobieta, siadając obok mnie na trawie – nie poznajesz mnie? Wyglądasz na zdziwionego. – Luizo! To przecież jesteś ty. Wyglądasz pięknie i młodo. Co za przeobrażenie. – Tak. Kiedy przychodzi się do tej krainy, człowiek staje się młody i jakby uszlachetniony. A to, że po kolejnych etapach dostałam się właśnie do tej sfery zawdzięczam tylko tobie, twojej cierpliwości i wyrozumiałości. Dlatego poprosiłam Anira, aby pozwolił mi przyjąć ciebie w moim domu, żebyś ode mnie, jako pierwszej, mógł otrzymać pomoc w nowych warunkach. Jeśli chcesz, to zapraszam cię do mego domu. To niedaleko stąd.

Nie opodal strumyka o czystej, kryształowej wodzie, wśród zieleni i kwiatów stał niewielki domek. Pięknie i estetycznie urządzone wnętrze zachęcało do odpoczynku i miłej rozmowy. Jednakże największą moją radością była osobliwa wewnętrzna przemiana Luizy. Nie było w niej dawnej ziemskiej złości, zawiści, lekceważenia, pychy i gwałtowności. Jej czułość, pogoda i równowaga jakże kojąco na mnie działały. Odstąpiła mi pokój z widokiem na potok i zalesione stoki wzgórz. Czas upływał nam na wspomnieniach naszych ziemskich doświadczeń i przejść. Pewnego razu Luiza zagadnęła mnie: – Jakubie, jeżeli chcesz, możesz obejrzeć nasze całe ostatnie życie ziemskie, tak pełne trosk i smutku. A może chciałbyś cofnąć się wstecz spojrzeniem i zobaczyć na ekranie panoramy bytów, okres, kiedy ty byłeś Rolandem, a ja Eleonorą? Roland…. Eleonora…. Jakże odległe i dziwne postacie. – To nie są dobre wspomnienia. Ale jeżeli z tych minionych, złych doświadczeń mam wyciągnąć wnioski i nauczyć się czegoś, co wpłynęłoby pozytywnie na mój rozwój duchowy, to proszę cię – pokaż, chociaż na pewno nie będzie łatwo przeżywać ponownie ten koszmar.

Luiza ustawiła przede mną coś w rodzaju dużego lustra i kilkakrotnie potarła jego powierzchnię.

Nagle, niczym w kinie, na ekranie pojawiły się ruchome obrazy z naszego przedostatniego życia.

Byłem wstrząśnięty tym, co zobaczyłem, więc krzyknąłem: – Zabierz szybko to, co widzę. Zatrzyj to. Zbyt boleśnie przeżywam te wspomnienia i to teraz, kiedy jest mi tu tak dobrze.

– Nie czynię tego, mój drogi, aby cię niepokoić. To ma nam uwidocznić, jakim przemianom ulegliśmy, jak potrafiliśmy się zmienić i ocenić to. Gdy czekałam tu na ciebie, Anir pozwolił mi wyświetlić panoramę naszych wspólnych bytów na ziemi. Widziałam nasze ostatnie życie, poprzednie, a nawet jeszcze wcześniejsze. Tęskniłam do tej chwili, gdy wspólnie z tobą jeszcze raz to zobaczymy i wspólnie wszystkie obrazy rozszyfrujemy. Chcę ci teraz wyświetlić obrazy naszych wspólnych losów z bardzo odległego czasu.

Luiza ponownie potarła lustro i na jego powierzchni ukazał się obraz górskiego wąwozu. Naokoło las. Dalej zobaczyliśmy sporą polanę powstałą po wyrębie lasu. Tam Cyganie rozpalili ognisko. Tańce i śpiewy. Szczególnie piękna Cyganka o kruczoczarnych włosach, ognistych oczach, tańczyła tak porywająco, a przy tym lekko i bez wysiłku, jakby w ten taniec włożyła całe swoje życie. Nieco na uboczu zgromadziła się garstka gawiedzi z okolicznych wsi i miasteczka, żądnych rozrywki i nowości. Wśród nich był rycerz na pięknym koniu, bogato ubrany z kosztowną zbroją. Wzrok tańczącej Xeni coraz częściej zatrzymywał się na wyniosłym i…. na jego kosztownościach. I tak zwabiona cygańska dziewczyna pojechała z rycerzem Arnoldem do jego zamku.

– To byłam ja – rzekła Luiza – a rycerzem byłeś ty. Za ten życiowy krok musiałam drogo zapłacić. Dokąd byłam nowością, igraszką w ręku rycerza, było znośnie. Potem, gdy mu się znudziłam, zostałam odtrącona, a jeszcze uprzednio śledzona, szpiegowana, więziona. Ja, córka wolnego ludu, dla której wolność była koniecznością życiową, była powietrzem i pokarmem, – ja byłam więźniem rycerskiego zamku. Czy możesz wyobrazić sobie co przeżywałam? Gorycz, nienawiść, a nawet chęć zemsty za hańbę i odtrącenie mnie, a przede wszystkim za pozbawienie życiodajnej wolności, stały się mymi codziennymi uczuciami. Teraz już mogę spokojnie patrzeć na tok naszych dawnych losów i radować się twoją tu obecnością. – Cieszą mnie te słowa. Ale opowiadaj dalej. Jak skończył się twój pobyt na zamku?

– Przekupiłam strażnika i udało mi się niepostrzeżenie opuścić zamek w przebraniu wiejskiej kobiety przynoszącej owoce w dużym koszyku. Drżałam cała ze strachu, aby moje maleńkie dziecko, umieszczone w koszyku, nie zapłakało. Udało się. Byłam biedna, samotna, a jednocześnie bardzo szczęśliwa. Miałam upragnioną wolność i mego ślicznego Marcella, którego kochałam nade wszystko. Nie starałam się odszukać współbraci z dawnego obozu. Przyłączyłam się do innego obozu cygańskiego, prowadziłam życie koczownicze, jak niegdyś. Zarabiałam tańcem na chleb dla siebie i dla dziecka, a gdy już moje tańce przestały się podobać, wróżyłam i przepowiadałam z kart. W głębi duszy rosła nienawiść do wszystkich mężczyzn, dlatego też zostałam wolna i sama. Ale dopiero teraz zrozumiałam, że przecież to wszystko była moja wina. Omamiona wizją przepychu i złota poszłam na łatwy lep. – Nie Luizo. Nie osądzaj tak siebie. Moje przewinienia są wielkie. Ileż złego człowiek w sobie nosi.

– Drogi Jakubie. Przecież nie opowiadam tego, aby tobie czynić wyrzuty. Nie. Teraz jestem już zupełnie inna. Moje serce jest wolne od zemsty, czy chęci uczynienia komukolwiek przykrości. Tobie zaś jestem szczególnie wdzięczna za to, co uczyniłeś dla mnie w czasie naszej ostatniej ziemskiej egzystencji. – Dziękuję ci, ale opowiadaj dalej. Jaki los spotkał twego syna – naszego syna? – Dokąd był dzieckiem, był jasnym słońcem mego cierniowego życia. Wszystkie moje myśli obracały się tylko wokół niego, widziałam go w przyszłości szczęśliwym i zadowolonym. Ale on był innym dzieckiem niż rówieśnicy w obozie. Jego ciało było delikatne, włosy jasne, a oczy jak dwa rozżarzone węgle. Był też inny wewnętrznie. Był mieszańcem magnackich pałaców i nizin taboru cygańskiego. Tak naprawdę zaś nie należał ani tu, ani tam. Był jakby przyciągany dwoma magnesami. Często bywał zamyślony i jakby smutny. Nigdy nie pytał mnie, nawet gdy dorastał, kto był jego ojcem i gdzie jest on teraz. Nie czuł się dobrze w gwarze i prymitywie obozu. Toteż mając niespełna 18 lat, pewnego wieczoru przy ognisku zabrakło Marcellego. Biedna Luiza, biedna Xenia….

– Moje serce zamknęło się do końca moich dni, stałam się małomówna, przy tym porywcza, a pragnienie zemsty ogarnęło całą moją istotę. Gdy chodziłam po lesie i wolałam mego syna z pewnością musiałam wyglądać nienormalnie, dlatego w obozie uznano mnie za obłąkaną. Pałałam pragnieniem zemsty do rycerza Arnolda, do wszystkich mężczyzn, gdyż uważałam, że wszelkie zło wywodzi się od nich. Taka wtedy byłam i taka zmarłam. Na drugim świecie musiałam przez długi czas prowadzić nędzny, pełen cierpień byt. Dobrze to teraz pamiętam. Był to jakby szaro – zimny półmrok, mglisty, bez jednego promienia słońca, bez radości i zadowolenia. Długo jeszcze wtedy moje myśli upajały się rozkoszą zemsty. Dopiero po długim okresie zaczęłam sama rozumieć, że taki wewnętrzny stan gubi mnie, a dobry pomocny duch, który od razu w takiej chwili zjawił się przy mnie, pomógł mi wydobyć się z tego dna. Otrzymałam lepsze, jaśniejsze miejsce pobytu. To Anir pomógł mi zrozumieć, że uczucia, jakie mną targały, niszczą duszę, szarpią mnie wewnętrznie. Nauczył mnie sztuki wybaczania. Umieścił mnie też w dobrej szkole, gdzie nauczyłam się wielu cudownych, a tak prostych rzeczy, na które nigdy nie zwraca się na ziemi uwagi. Szybko robiłam postępy i starałam się rozwinąć swoje siły duchowe.

– Czy w tym czasie spotkałaś swego syna? – Nie. Ani jego, ani ciebie. Widocznie zamiarem wyższej hierarchii było to, abym zapomniała o wszystkim, przynajmniej na pewien czas. Nie pamiętam dokładnie kiedy nastąpiła ponowna inkarnacja, ale myślę, że według ziemskiego czasu przerwa trwała kilkaset lat. W końcu zatęskniłam za ziemią i pojawiłam się na niej z najpiękniejszymi zamiarami stania się dobrym człowiekiem. Ale to nie takie proste. Czymże są zamierzenia? Bańkami mydlanymi, które przy pierwszym kontakcie z rzeczywistością pękają. Zamiary muszą być zahartowane w ogniu doświadczeń, tylko wtedy wrastają w charakter i mogą być zrealizowane. Człowiekowi na ziemi wydaje się, że jak nie popełnia rażących niegodziwości, przestępstw, to już jest, jeśli nie tym najlepszym, to na pewno dobrym człowiekiem. Ludzie się mylą. Nawet każdy, najmniej się liczący zły czyn czy zła myśl, są ważne i są rejestrowane w polu astralnym. Tu się nie da niczego ukryć i oszukać. Ten Trybunał, ten Sędzia jest nieomylny. Dlatego mój drogi, dobre zamiary a ich spełnienie, to często dwa różne bieguny.

Jeśli chcesz, to mogę pokazać ci panoramę mego przedostatniego życia. Naszego życia, bo znów byłam związana z tobą.

– Jeżeli cię nie męczą te bolesne wspomnienia, to bardzo chętnie zapoznam się z nimi.

Wtedy byłam Eleonorą. Urodziłam się jako córka bogatego mieszczanina. Matkę straciłam będąc maleńkim dzieckiem, a ojciec sam będąc majętnym, lecz despotycznym, wychował mnie na egoistkę i zarozumiałą dziewczynę. Byłam ładna i bogata, mogłam przebierać w kandydatach na mężów. Dla mnie wtedy nie liczył się charakter i wewnętrzne wartości człowieka. Najważniejsze było bogactwo. Chciałam pławić się w biżuterii, złocie, w zbytku. Być może było to jakby uśpione przypomnienie inkarnacji, minionego życia, w którym musiałam pędzić żywot wygnańca, tułacza, ubogiej Cyganki. Może chciałam, w jakimś stopniu bezwiednie, nasycić się teraz możliwie jak największym bogactwem. O, ja nieszczęśliwa. Nie wiedziałam, jak bardzo ta żądza krzywdzi moją duszę. Nie wiedziałam, że wciąga mnie w nieszczęście. Mój wybór towarzysza życia padł na ciebie. Byłeś przecież spadkobiercą dużej fortuny, a przy tym byłeś uległy, słabej woli i nietrudno przychodziło mi mieć duży wpływ na ciebie. Jedna sprawa, która mnie niepokoiła to fakt, że miałam jeszcze brata, z którym w przyszłości musiałbym się dzielić majątkiem. Wprawdzie, gdy był dzieckiem, a była między nami duża różnica wieku, opiekowałam się nim z czułością. Aż dziwne, że w moim twardym sercu było tyle uczucia. Teraz wiem już, że to były utajone uczucia i wspomnienia duszy, przejawiające się nieświadomie, gdyż Dominik, jak się dowiedziałam, to nie kto inny, jak mój syn Marcello z okresu cygańskiego. On mnie odszukał, aby być mi pomocą i podporą, a ja, niewdzięczna, jak mu to wynagrodziłam?

– Czy Dominik był naszym synem? To nadzwyczajne. Zaczynam rozumieć teraz wiele rzeczy. – O czym myślisz?

– Przypominam sobie mój ciepły stosunek do Dominika, nie tylko jako do brata żony. Czułem się jakby odpowiedzialny za tego chłopca. Coś mnie ciągnęło do niego, a jednak tak nisko upadłem, że potrafiłem wysłać go uszkodzonym statkiem na pewną śmierć.

– Za moją namową naturalnie. To ja byłam ogniskiem zła w twoim życiu. Przyczyniłam się do śmierci własnego ojca i brata. Również i ty, stojąc u progu bankructwa, które przecież ja spowodowałam, swą niepohamowaną chęcią rozpusty, a ty przeze mnie odebrałeś sobie życie. Z jakże ciężką karmą musiałam się urodzić w tamtym świecie. Tyle zła, jak na jedno kobiece serce – to bardzo wiele. Po śmierci musiałam ciężko za to zapłacić. Sam widziałeś w jakiej nędzy byłam pogrążona, kiedy przyszedłeś, aby zabrać mnie do lepszej sfery. Tam moje “ja” wiele zrozumiało i wiele się nauczyło. Podła egzystencja na samych dołach była niezbędna, aby upokorzyć, ugiąć moje uparte, nieokiełznane usposobienie. Gdyby przy każdych nowych narodzinach człowiek mógł pamiętać swoje poprzednie przewinienia, chyba nie byłoby tyle zła na świecie. Wspomnienia są jednakże zatarte i tylko “wyrzuty sumienia” wskazują nam czasami właściwą drogę. Karma musi się wypełnić. Dopiero teraz zrozumiałam, że człowiek żyjąc na ziemi i dążąc ku lepszemu życiu, może stopniowo likwidować swoją karmę. – Ale jak to było w twojej ostatniej inkamacji? – Niestety, moja przemiana nie była jeszcze pełna. Urodziłam się z głęboko zakorzenionym pędem do wolności, z żądzą przygód, z pragnieniem dominowania. Byłam zadowolona z życia w wędrownej trupie artystów. Ciągle podziwiana i adorowana. Miało to w sobie coś z cygańskiego życia, z jego przepychem tandetnych strojów, z błyskotkami taniej biżuterii. Zresztą sam wiesz. Pamiętasz przecież jak usilnie starałeś się mnie namówić, abym została twoją żoną, żoną chłopa, no – powiedzmy, że właściciela ziemskiego. Jak bardzo nie nadawałam się do tego, to przypominasz sobie dobrze. Cóż to mogło być dla mnie za życie w wiejskim spokoju i jednostajności, gdy moja, ciągle jeszcze cygańska natura rwała się do wolności, do przygód i nieokiełznanych hulanek. Gdy ty byłeś Rolandem a ja Eleonorą, byłoby najbardziej pożądane dla naszej osobowości, abyśmy wówczas nie łączyli się. Będąc małżeństwem wyrządziliśmy sobie i otoczeniu wiele zła, wiele nieprawości, ja ze swą żądzą panowania, ty ze swą słabością i niezdecydowaniem, oboje zaś ze swą chciwością i zachłannością. Wtedy jednak, jak mi się zdaje, nie byliśmy jeszcze dostatecznie dojrzali, aby rozwiązać to trudne zadanie, jakie nam było przeznaczone. – Twoim przeznaczeniem miała być wtedy Gizela, cicha i zrównoważona, kochająca ciebie całym swym czystym sercem. Wyobraź sobie jak wspaniałe życie miałbyś z taką żoną, jakiego mógłbyś przy niej dokonać rozwoju. Stało się inaczej. Oboje drogo okupiliśmy przeżyte doświadczenia. Prawdopodobnie właśnie dlatego, że mieliśmy sobie jeszcze dużo do powiedzenia, karma połączyła nas znów w ostatnim życiu i tutaj byliśmy nieco lepiej wyposażeni w możliwości rozwiązywania konfliktów. Dzięki twojej dobroci i cierpliwości przy końcu mojego życia potrafiłam się przełamać, spokornieć i dlatego też tu właśnie jestem. – Dlaczego uważasz, że Gizela była mi przeznaczona przez Wyższe Istnienie, gdy mimo tego stało się inaczej?

– Gizela była twoim dobrym aniołem – stróżem, który stale ci towarzyszył. Żeby być blisko ciebie w ostatniej twej inkarnacji urodziła się jako twoja siostra. – To była Anna? Niewiarygodne, jak nici losu zawsze się zbiegają. – Wydaje się, że istnieje takie prawo. Że ci, którzy mają sobie coś do powiedzenia, jakieś niespełnione w stosunku do siebie zobowiązania karmiczne, spotykają się wcześniej czy później na fizycznym planie. Spotkania te, jak mi nadmienił Anir, będą powtarzać się tak długo, aż dany człowiek okaże tyle dobrej woli, że jego serce będzie przepełnione miłością i dobrocią dla tej osoby. – Jakie to jest wszystko niewymiernie rozumne i precyzyjne. – A teraz muszę ci jeszcze powiedzieć, że nie tylko myśmy się spotkali. Pytałeś o Dominika, on spotkał ciebie jako Dawid, twój przyjaciel, który się starał zawsze wnieść sporo radości w twoje życie. Nawet w stosunku do mnie, której właściwie nikt w twoim domu nie darzył sympatią, był uprzejmy i wyrozumiały. Na pewno jeszcze znajdę okazję, aby mu się za to odwdzięczyć. Jednakże jest jeszcze ktoś, komu z wielkim trudem przyjdzie mi wybaczyć moje przewinienia. To jest mój ojciec, którego okradłam, oszukiwałam, a na koniec otrułam. On również podczas naszego ostatniego życia ziemskiego był niedaleko nas. On był twoim wujem. – Faktycznie. Miał sporo cech sztywnego i skąpego człowieka, jakim był twój ojciec. Jedynymi istotami, którym okazywał nieco serca były Anna i Dawid – jego syn z poprzedniej inkarnacji. Czy spotkałaś go tu, po przybyciu? – Wyszłam mu naprzeciw i zrobiłam wszystko, aby go usposobić przyjaźnie, ale niestety, gdy mnie rozpoznał, stał się dla mnie surowy i oschły. Jednak nadejdzie jeszcze nasz czas, gdy zlikwidujemy wzajemne porachunki. Kiedy Anna zostanie powołana do nas, mam nadzieję, że wybaczy mi wszystko, co uczyniłam jej złego. Ona ma bardzo dobre serce. Poproszę ją, abyśmy mogły wspólnie pomóc wujkowi. Jemu nie wiedzie się tu jeszcze zbyt dobrze.

– To są nadzwyczaj interesujące rzeczy z naszych poprzednich egzystencji. Największe zdumienie budzi jednak trafność i prawidłowość, którymi kierują się te wyższe moce, i to w ten sposób, że umożliwiają nam naprawienie krzywd wyrządzonych innym. Dają nam przy tym okazję do własnego rozwoju duchowego, a nawet pozytywnego wpływu na otoczenie. To są wszystko nadzwyczaj pouczające lekcje. – Żeby dopełnić tej relacji muszę ci powiedzieć, że nasz stary woźnica z ostatniego życia, czyli parobek Bernard, to nie kto inny, jak członek załogi statku “Ontario”, którego z zimną krwią wysłaliśmy na dno morza. Gdy chciałeś go zwolnić z pracy, ja wstawiłam się za nim. Było to powodowane nieświadomym poczuciem winy w stosunku do niego. Bezwiednie chciałam jakoś mu to wynagrodzić, naprawić wcześniejszą krzywdę. Teraz pozostaje mi zakończyć jeszcze tak, jak zaczęłam. Jeszcze raz chcę ci podziękować za to, że przyjąłeś marnotrawną żonę pod swój dach, kiedy chora, złamana moralnie i fizycznie, w bardzo nędznym stanie wróciłam do ciebie. Gdybyś wtedy zamknął przede mną drzwi, co zresztą byłoby zupełnie normalne, wówczas prawdopodobnie zdecydowałabym się w najgłębszej rozterce i nienawiści na desperacki czyn odebrania sobie życia i po drugiej stronie znalazłabym się w otchłani ciemności, w jeszcze gorszej egzystencji, aniżeli ta, która była udziałem Eleonory. Ale ty okazałeś wielkoduszność, nie odepchnąłeś okaleczonej, lecz opatrzyłeś jej rany. Chociaż na zewnątrz byłam wtedy odpychająca, zimna i zbuntowana, to jednak w swym wnętrzu prowadziłam najbardziej zaciętą walkę ze swoim butnym “ja”. I właśnie w takim stanie ruiny człowieczej natrafiłam na twoją opokę dobroci, wyrozumiałości i cierpliwości. Zdziałało to cuda. Lody mego oziębłego serca zaczęły się topić i zanim rozstałam się z życiem zdołałam przełamać się, przezwyciężyć siebie, podziękować tobie za moje przeobrażenie i prosić cię o przebaczenie. Dlatego moje wejście do tego świata było prawdziwą radością, które nie jestem wprost w stanie opisać. Jednocześnie wiem, że muszę jeszcze wiele zdziałać, zrozumieć, ale moim udziałem stał się stan, który mogę nazwać “pogodzeniem się z samą sobą”. Znalazłam fundament, na którym mogę jeszcze wiele zbudować. Teraz już wiesz co tobie zawdzięczam, kim byłeś dla mojego rozwoju. – Uścisnęła mi obie ręce serdecznie i gorąco, a w jej pięknych oczach malowało się wzruszenie.

– Także i ja uzyskałem od ciebie ogromną pomoc dla mojego słabego charakteru, dla mojej miękkiej natury. Dziękuję ci za wszystko, a zwłaszcza za tę niezapomnianą godzinę pojednania z przeszłością. Oboje mieliśmy przejść przez tę burzę doświadczeń, abyśmy mogli docenić przeobrażenia naszych charakterów. Teraz uwolniliśmy się z więzów naszych namiętności, ułomności i przywar. Teraz wspólnie możemy święcić wielki dzień radości. Wiem, że nic już nie stanie na drodze naszej wiernej i czystej przyjaźni.

Naprawdę jesteśmy teraz szczęśliwi tą szczęśliwością, o której tam na ziemi nic się nie wie, nie ma się nawet wyobrażenia. Tam jest ona tylko ułudą, iluzją.

Po chwili milczenia Luiza powiedziała z najmilszym uśmiechem, jednakże nieco zagadkowo:

Więc przewędrowaliśmy wspólnie przeszłość. Czy nie ciekawi cię spojrzenie w przyszłość?

– Czy jesteśmy w stanie wiedzieć coś na ten temat? – Niczego nie mogę powiedzieć w szczegółach. Natomiast mogę cię zapewnić, że Anir obiecał mi stworzyć takie warunki, o jakie go prosiłam.

– A o co go prosiłaś?

– Żebym w następnej inkarnacji kiedy pójdę w świat materialny, mogła spłacić kolejne długi. Żebym została twą matką. W ten sposób chcę spłacić dług wdzięczności tobie, za moje zmartwychwstanie.